Anna Wolska jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, dyplom w pracowni prof. Stanisława Kulona, oraz Wydziału Sztuki Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. W trakcie studiów na Wydziale Rzeźby ASP gościnnie uczęszczała do pracowni malarstwa prof. Jerzego Tchórzewskiego oraz prof. Zofii Glazer na Wydziale Grafiki. Tytuł doktora uzyskała w 2019 roku, realizując projekt malarski „Rzeczywiste-nierzeczywiste” pod opieką merytoryczną prof. Urszuli Ślusarczyk oraz dr hab. Marii Piątek na Wydziale Sztuki UJK.
Obecnie dr Anna Wolska prowadzi zajęcia w Warszawskiej Szkole Filmowej, Akademii WIT oraz na Wydziale Sztuki Mediów ASP w Warszawie, gdzie kieruje autorską pracownią.
Światło się rozprzestrzenia, a wokół mnie zaczynają pojawiać się błyszczące rzeczy 8 października 2026 – 31 stycznia 2027 107 Bentencho Shinjuku-ku Tokyo 162-0851 Japan
Wystawa eksploruje sztukę Kusamy z nowej perspektywy: światła. W jej rysunkach z lat 50. XX w. i kolażach stworzonych po powrocie do Japonii, obrazy zdają się wyłaniać z ciemności przepełnionej światłem. Seria Infinity Nets, stworzona podczas jej lat spędzonych w Stanach Zjednoczonych, tworzy efekt wizualny, w którym powierzchnia zdaje się emitować słabą poświatę, podczas gdy jej obrazy z lat 80. XX w. i późniejsze promieniują jasnym światłem poprzez obfitość żywych kolorów.
W niedawnej serii wielkoformatowych obrazów My Eternal Soul, którą można uznać za kulminację jej kariery artystycznej, metalowe powierzchnie lśnią na płótnach, podczas gdy jej użycie koloru rozszerza się w kierunku dwóch biegunów surowej monochromatyczności i wybuchowej polichromii. Ta eksploracja światła przewija się przez całą sztukę Kusamy.
W jej lustrzanych pokojach, gdzie lustra i elektryczne światła tworzą iluzję nieskończonej przestrzeni, oraz w jej grafikach i rzeźbach zawierających brokat, światło ewoluowało z przedmiotu reprezentacji w integralny element samego dzieła. Na wystawie prezentowana jest również wielkoformatowa rzeźba pokryta mozaiką lśniącą metalowymi płytkami, a także zewnętrzna rzeźba drabinowa z lustrami, która jest prezentowana w Japonii po raz pierwszy. Wszystkie te prace ukazują zróżnicowaną ekspresję światła, stworzoną przez różnorodne materiały. Nieziemskie migotanie, które wytwarzają, zdaje się rozszerzać, aż pochłonie widza. Dla Kusamy światło jest zarówno źródłem kreacji, jak i środkiem wyrazu. Zapraszamy do śledzenia jej twórczej podróży, podczas której przekształca nieustanny blask swojego wewnętrznego świata w bogaty i różnorodny dorobek.
1 września 1939 roku – dzień na zawsze zapisany
w historii Polski. Ta praca jest refleksją nad pamięcią, siłą
i niezłomnym duchem narodu – A. Sielicki z Toronto
A. Sielicki: Spójrz w niebo – Westerplatte z serii Teoria strun, 2026, olej+acryl i drewno, 45,5×46,5 cm
In memory of the 15th anniversary of my brother Andrzej's passing
Drogi Narodzie, Polki, Polacy, Szanowny Panie Marszałku, Drogi Panie Premierze, Panie Ministrze, Szanowna Pani Prezydent Miasta Gdańska, Drodzy Generałowie, na czele z szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, Drodzy Goście, Szanowni Państwo
Prezydent RP oddaje honor Poległym Bohaterom Westerplatte
Westerplatte (1939-2026)
Pamięć o 1 września wymaga od nas prawdy i odpowiedzialności, a prawda ma swoje symbole, ma swoje fakty, prawda ma też swoje znaki. Z całą pewnością najważniejszym symbolem dla Polaków, jednym z najważniejszych dla całej II wojny światowej, jest Westerplatte. Westerplatte, na którym heroiczni, bohaterscy żołnierze polscy – ta niewielka garstka ponad 200 żołnierzy polskich – nie tylko walczyli z przeważającą siłą niemieckiego wroga; walczyli na lądzie, bronili się przed atakiem z powietrza i z wody. Tu na Westerplatte wykuwał się także archetyp polskich postaw w czasie całej II wojny światowej na wszystkich szerokościach geograficznych, gdzie polski żołnierz walczył o wolność innych narodów, ale gdzie umierał zawsze tylko dla Polski.
Prezydent RP Karol Nawrocki wygłasza Przemówienie do Gości i Narodu Polskiego
Szanowni Państwo znakiem Westerplatte jest Cmentarz Żołnierzy Wojska Polskiego na Westerplatte, który powstawał w bólach. Przez kolejne dekady szczątki żołnierzy z Westerplatte taplały się w błocie i krzakach Westerplatte, Polska po nich nie sięgnęła. A gdy szukaliśmy ich w Muzeum II Wojny Światowej razem z archeologami, wielu to krytykowało.
Prawda ma swoją cenę także w XXI wieku, ale zawsze warto tę cenę zapłacić, bo dzisiaj wspólnie z panem premierem mieliśmy okazję, wielki zaszczyt i honor oddać cześć naszym żołnierzom. Tak jak Westerplatte jest symbolem walki, tak symbolem niezasłużonego cierpienia jest Wieluń – miasto zbombardowane przez Niemców we śnie. Ten symbol walki i symbol cierpienia mówią tak wiele o II wojnie światowej. To, co jednak najważniejsze, co trzeba pamiętać, to że 1 września 1939 roku rozpoczęła się hekatomba, pandemonium.
1 września było bramą do hekatomby i pandemonium wyrządzonych narodowi polskiemu przez Niemców i przez Sowietów. Sześć milionów zamordowanych polskich obywateli, 17 procent obywateli II Rzeczypospolitej – co szósty Polak; wśród nich blisko 90 procent cywilów.
Spójrzcie Państwo dookoła – co szósty Polak zginął w czasie II wojny światowej. O tym nie możemy zapomnieć – nie możemy zapomnieć tu na Westerplatte i nie możemy zapomnieć każdego dnia, podejmując nasze decyzje. I choć wielu z Państwa powie, że to są fakty dobrze znane na temat II wojny światowej, to prawda i odpowiedzialność wymagają z jednej strony ich powtarzania, ale z drugiej strony wymagają od dziś rządzących także świadomości, że istnieje prawda o II wojnie światowej, która jest tak słabo słyszalna u naszych zachodnich sąsiadów – u naszych sojuszników w Berlinie, w Niemczech.
Prawda, której nie zna albo nie chce poznać Europa. Prawda, która nie dociera za Atlantyk. Prawda, z którą wielki problem mają niestety także dzisiaj rządzący.
Musimy wszyscy powtarzać i uzmysłowić sobie, choć to boli, ale jest potrzebne, że Niemcy nie potrzebowały Adolfa Hitlera, żeby gardzić Polską, Polkami, Polakami i polskością. Przykładów na to jest za wiele. Już w XIX wieku liberalni literaci, politycy, wielkie marki liberalnej pruskiej literatury z pogardą pisali o Polsce, Polakach, Polkach, o polskości, mówiąc o nas, że jesteśmy „Irokezami ze Wschodu”.
Kontynuatorką tej antypolskiej histerii i antypolonizmu była demokratyczna już Republika Weimarska, w której antypolonizm był w centrum kultury politycznej. Antypolonizm był tym, co łączyło lewicę z prawicą przez niemieckich liberałów w demokratycznej Republice Weimarskiej. Przykładów tego jest wiele. W 1920 roku, gdy Polacy bronili się przed bolszewikami – bronili i Europy przed bolszewikami, i weimarskich Niemiec przed bolszewikami – szef Reichswehry, Hans von Seeckt, pisał wprost, że „jeśli diabeł będzie chciał zabrać Polskę, to powinniśmy w tym mu pomóc”. Takie same słowa wypowiadali niemieccy dyplomaci w okresie międzywojennym, laureaci Nagrody Nobla, kanclerz Niemiec Joseph Wirth, który pisał i mówił wprost z nieskrywaną do Polaków agresją, że Niemcy znów muszą stać się sąsiadem Rosji, a Polska musi zostać zdruzgotana. Rosja zresztą w okresie międzywojennym – ta bolszewicka, dojrzewająca do ogromnego, przerażającego sowieckiego totalitaryzmu – była głównym partnerem Republiki Weimarskiej. To zbliżenie trwało długo przed tym, gdy przyszedł Adolf Hitler i gdy podpisano pakt Ribbentrop-Mołotow. W 1931 roku Republika Weimarska była największym handlowym partnerem Związku Sowieckiego i ta współpraca trwała na dobre.
Przypominają się, Drodzy Państwo, relacje już z XXI wieku, gdzie tuż przed katastrofą, której świadkiem i współuczestnikiem jesteśmy dzisiaj, historia się powtórzyła, gdy polski prezydent śp. Lech Kaczyński, gdy Polska, gdy politycy przestrzegali przed tym, czym są handlowe, finansowe relacje z Federacją Rosyjską, a Niemcy i Europa nie słuchali. Inwestowali kolejne miliony euro w Federację Rosyjską, która wywołała kolejną wojnę.
To wszystko – ta histeria, pogarda Prusaków i demokratycznej Republiki Weimarskiej – doprowadziło do tragedii II wojny światowej. Wszystko to wydarzyło się, zanim podpisano pakt Ribbentrop-Mołotow, zanim Adolf Hitler w Obersalzbergu krzyczał do oficerów niemieckich: „Bądźcie bezlitośni, bądźcie brutalni, zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem”, zanim były Westerplatte, Wieluń, Warszawa i Kępa Oksywska. Politycy nie zauważyli tego, co się dzieje, albo nie reagowali; nie mieli odwagi, nie ponieśli odpowiedzialności.
Dziś, w XXI wieku, w 2026 roku, kiedy – jak wierzę – z naszymi zachodnimi sąsiadami mamy tego samego wroga, czyli Federację Rosyjską, która destabilizuje całą sytuację w naszym regionie i morduje znów tak jak przed wiekami i dekadami.
Dziś, kiedy wspólnie z naszymi zachodnimi sąsiadami jesteśmy w Unii
Europejskiej i w Sojuszu Północnoatlantyckim, potrzebujemy odwagi cywilnej,
Powiem więcej: potrzebujemy też odwagi cywilnej i służenia Rzeczypospolitej Polskiej ze strony niemieckich stronnictw w Polsce. Potrzebujemy też zrozumienia tej sytuacji przez wszystkich historyków i polityków wychowanych przez niemieckie fundacje, bowiem odpowiedzialność jest zbyt wielka. Wszyscy musimy być razem i rozumieć pełnię historii II wojny światowej i drogi do 1 września 1939 roku. Potrzebujemy realizacji naszego układu o dobrym sąsiedztwie sprzed 35 lat.
Jeśli Europa ma być razem, jeśli sojusz ma być realny, jeśli dobre sąsiedztwo albo przyjaźń ma być realizowana, potrzebujemy w końcu czynów, a nie tylko pięknych i okrągłych słów.
Bo nie można – Szanowny Panie Premierze, Drogi Panie Ministrze, Drodzy Państwo – przejść obojętnie wobec tego, że 35 lat od podpisania Traktatu o dobrym sąsiedztwie z naszymi dzisiejszymi sąsiadami z zachodu wciąż nie mamy pomnika poświęconego polskim ofiarom II wojny światowej w Berlinie; zamiast niego stoi kamień przywieziony przez ciężarówkę.
Dziękuję wszystkim Polakom, dziękuję wszystkim Niemcom, którzy zabiegają o to, aby ten pomnik powstał. Ale to nie jest realny sojusz i realna przyjaźń, jeśli nie możemy postawić pomnika polskich ofiar II wojny światowej w Berlinie, jeśli polska mniejszość w Niemczech nie ma takich samych praw jak mniejszość niemiecka w Polsce, jeśli Dom Polski w Bochum nie może powstać. To mamy prawo obawiać się, czy dzisiaj nasi zachodni sąsiedzi poza okrągłymi słowami, pięknymi gestami i wspaniałymi deklaracjami nie traktują nas tak jak Republika Weimarska. Czy za moment poza tymi deklaracjami nie zaczną robić biznesu z Federacją Rosyjską tak jak w XXI wieku.
To jest ta odpowiedzialność i zadanie dla polskiego Prezydenta, dla polskiego rządu, o którym tak pięknie mówili harcerze. Tego dzisiaj potrzebują Polska i Polacy w kwestiach symbolicznych, ale też w kwestiach zasadniczych.
Reparacje i zadośćuczynienie Polsce powinny zostać wypłacone – nie tylko dla przeszłości, dla sprawiedliwości historycznej, ale dla przyszłości.
Świat, Panie Premierze, postawił nas w takiej sytuacji, że prawdziwa, twarda, sojusznicza deklaracja wobec Polski wymaga tego, aby nasi sojusznicy z Berlina, nasi sąsiedzi wypłacili nam zadośćuczynienie, które Polska przekaże na Polskie Siły Zbrojne, na polski przemysł zbrojeniowy, abyśmy nie musieli brać zachodnich kredytów, abyśmy dostali to, co nam się należy.
Aby przyjaźń i sojusz stały się realne – apeluję stąd, z Westerplatte, do kanclerza Niemiec, do narodu niemieckiego: załatwmy sprawę reparacji i zadośćuczynienia z myślą o sprawiedliwości historycznej, ale też z myślą o przyszłości.
Dziś Polska jest twierdzą Sojuszu Północnoatlantyckiego na wschodzie, dziś te reparacje mogą służyć bezpieczeństwu europejskiemu. Mogą być twardą deklaracją państwa niemieckiego, naszych sąsiadów, że myślimy o wspólnym, kolektywnym bezpieczeństwie w Europie. Wzywam też z Westerplatte i z serca zwracam się do pana premiera, do pana ministra, do pana marszałka, do wszystkich stronnictw w polskim parlamencie, do narodu polskiego: Bądźmy razem w tym dziele.
Proszę o wsparcie Pana Premiera i polskiego rządu w ubieganiu się o reparacje od naszych zachodnich sąsiadów – dla sprawiedliwości historycznej i dla naszej wspólnej przyszłości. Musimy być w tym razem i możemy to zrobić razem – to apel, który płynie z Westerplatte 1 września 2026 roku.
Drodzy Państwo, głośny artykuł Józefa Marii Bocheńskiego z kwietnia 1939 roku nosił tytuł „Nawet bez szans zwycięstwa”. Nawet bez szans zwycięstwa – jak pisał autor – każdy naród jest zobowiązany do tego, a pisał to z emocją chrześcijańską, katolicką, aby bronić się w obliczu nawet przerażającego wroga, nie może się poddać pod naporem siły; to obowiązek, to wielkie zobowiązanie, żeby bić się do końca.
O tym jest Westerplatte, o tym jest 1 września, o tym jest polskość, o tym jest Polska, tacy jesteśmy. Ale dzisiaj, w XXI wieku, bohaterstwo polskiego żołnierza – to, które było, które jest i które zawsze będzie – nie może być alternatywą. Nie może być zastępstwem dla odpowiedzialności władz państwowych w mówieniu polskim głosem, w budowaniu realnych sojuszy, w ubieganiu się o kolejne inwestycje, o rozbudowę Wojska Polskiego. Bohaterstwo polskich żołnierzy już nigdy nie może być alternatywą dla odpowiedzialnych propolskich rządów wolnej i niepodległej Rzeczypospolitej.
Naszym Westerplatte, moim Westerplatte, Westerplatte współczesnej Polski powinno być to, abyśmy byli twierdzą, która nie będzie się bronić, ale której nikt nie odważy się nigdy zaatakować. Cześć i chwała bohaterom z Westerplatte.
Cześć i chwała obrońcom Polski z roku 1939 Niech żyje Polska!
urodziła się 22 marca 1929 Matsumoto, Prefektura Nagano, Japonia
zmarła: 14 sierpnia 2026, Tokio, Japonia w wieku 97 lat
W ciągu ostatnich kilku lat Kusama stała się ikoną o zasięgu globalnym. Tate Modern w Londynie i Whitney Museum w Nowym Jorku zorganizowały retrospektywy jej prac. Polka dots | Kropki stały się rozpoznawane na całym świecie. Mimo że nie miała zamiaru zwalniać, poważnie zaczęła myśleć o swojej śmiertelności. – Nie wiem, jak długo jeszcze pożyję, jednak po mojej śmierci nadejdzie nowe pokolenie, które pójdzie w moje ślady – mówi artystka. – Byłabym zaszczycona, gdyby ludzie nadal oglądali moje prace – mówi.
– Dotąd to ja wyjeżdżałam za granicę – opowiada 88-letnia Kusama, siedząc w wózku inwalidzkim przed swoim obrazem noszącym tytuł Ja, która przybyłam do wszechświata, podczas spotkania dla mediów w Yayoi Kusama Museum – Ale zaobserwowałam, że coraz więcej ludzi przyjeżdża zobaczyć moje prace tutaj, do Japonii – dodaje, odczytując to zdanie z oświadczenia, jakie ma w segregatorze z nakrapianą (jakżeby inaczej) okładką. – To dlatego zdecydowałam się założyć to miejsce, żeby ludzie mogli tu oglądać moje prace.
Tymczasem, muzeum jest w całości poświęcone jej twórczości, zarządzane przez fundację, którą założyła, by móc wystawiać swoje instalacje i obrazy nawet po śmierci, oficjalnie zaczęło działać pierwszego października. Bilety wstępu umożliwiające zwiedzanie we wskazanych godzinach trafiły do internetowej sprzedaży w ubiegłym miesiącu i zostały wykupione do końca listopada.
Kusama na początku kariery zamieszkała w Nowym Jorku, gdzie spędziła 16 lat. Przyjaźniła się z artystami: Frankiem Stellą, Donaldem Juddem i Josephem Cornellem – z tym ostatnim była w związku. Doczekała się retrospektywnej wystawy w nowojorskim Whitney Museum i londyńskiej Tate. W 1993 roku była pierwszą Japonką reprezentującą swoje państwo na Biennale w Wenecji. Została laureatką Nagrody Asahi za 2000 rok.
W 2006 roku została nagrodzona Praemium Imperiale, nazywanym Noblem w dziedzinie sztuki, przez Japoński Związek Artystów. W 2008 roku jej najdroższa praca została sprzedana za 5,1 mln dolarów, co stanowiło rekordową cenę za pracę żyjącej artystki.
W 2016 roku, w wieku 87 lat, Kusama została odznaczona najwyższym odznaczeniem narodowym, jakie może otrzymać japoński artysta: Orderem Kultury (Bunka-kunshō).
Urodził się 30 marca 1892 w Krakowie zmarł 31 sierpnia 1945 we Lwowie. 81 rocznica śmierci Profesora
Kraków W 1902 r. rozpoczął ośmioletnią naukę w IV C.K. Gimnazjum w Krakowie. W szkole poznał Witolda Wilkosza, późniejszego znanego matematyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ich koledzy wspominali ich wielkie talenty matematyczne. Już wówczas Banach interesował się skomplikowanymi teoriami funkcji. Znał francuski, niemiecki, esperanto, uczył się sanskrytu i hebrajskiego.
Lwów Po ukończeniu gimnazjum pracował w krakowskiej księgarni, a jesienią 1910 r. rozpoczął studia na Politechnice Lwowskiej. Dokończenie studiów uniemożliwił mu wybuch I wojny światowej. Zaliczył jedynie połowę studiów i otrzymał tzw. półdyplom. Po zakończeniu wojny nie powrócił na politechnikę. Z powodu wady wzroku i leworęczności nie został zmobilizowany. Został zatrudniony jako nadzorca przy budowie i remontach dróg. Praca umożliwiała mu rozwijanie zainteresowań matematycznych.
Towarzystwo Matematyczne W 1916 r. wyjechał do Krakowa i zamieszkał u swojej przybranej matki. Utrzymywał się z udzielania korepetycji. To wówczas na krakowskich Plantach zwrócił na niego uwagę znany matematyk Hugo Steinhaus. Usłyszał fragment rozmowy Banacha i jego kolegi, późniejszego matematyka Otto Nikodyma, na temat całki Lebesgue’a. W ciągu kolejnych miesięcy trójka pasjonatów matematyki spotykała się u Steinhausa. To wówczas powstał pomysł stworzenia Towarzystwa Matematycznego. Udało się je powołać wiosną 1919 r.
Banach jako wykładowca matematyki W roku 1920 katedrę matematyki na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie objął prof. Hugo Steinhaus. Jego przyjaciel Antoni Łomnicki objął taką samą katedrę na Wydziale Mechanicznym Politechniki Lwowskiej. Steinhaus namówił go na zatrudnienie Banacha jako asystenta. W 1920 r. Banach powrócił do Lwowa. Jeszcze w tym samym roku przedstawił rozprawę naukową O operacjach na zbiorach abstrakcyjnych i ich zastosowaniach do równań całkowych. Mimo nieukończenia studiów nadano mu za tę pracę tytuł doktora – nie był zainteresowany zdobywaniem jakichkolwiek tytułów naukowych, więc jego zwierzchnicy zorganizowali dyskusję naukową, która w rzeczywistości była egzaminem doktorskim. W 1922 napisał rozprawę habilitacyjną i zdobył tytuł profesora
Fundamenta Mathematicae Banach zyskał międzynarodową sławę, publikując w czasopiśmie artykuł poświęcony analizie funkcjonalnej. Dał on początek zupełnie nowej dyscyplinie matematyki.
Lwowska Szkoła Matematyczna Banach wykładał na obu lwowskich uczelniach – uniwersytecie i politechnice. Najważniejszym miejscem spotkań lwowskiego środowiska matematycznego nie były jednak sale wykładowe, ale Kawiarnia Szkocka. Skupieni wokół Steinhausa i Banacha uczeni stali się najważniejszą szkołą matematyczną w Polsce, która do historii nauki przeszła jako Lwowska Szkoła Matematyczna. W 1929 r. zaczęła publikować własny organ poświęcony analizie funkcjonalnej – „Studia Mathematica”.
Najważniejsze dzieło Banacha W 1932 r. wydano najważniejsze dzieło Banacha Théorie des opérations linéairesMonografia zapewniła mu światową sławę. Sensację w środowisku naukowym wzbudziła także przełomowa praca opublikowana wspólnie z Alfredem Tarskim, dotycząca powierzchni kuli i zbiorów rozłącznych. Ukoronowaniem jego kariery naukowej w międzywojennej Polsce był w 1939 r. wybór na prezesa Polskiego Towarzystwa Matematycznego. W roku 1937 wybitny amerykański matematyk węgierskiego pochodzenia, późniejszy współtwórca broni nuklearnej, teorii gier i podstaw informatyki John von Neumann namawiał Banacha do wyjazdu do USA. Lwowski profesor odmówił, stwierdzając, że nie ma kwoty mogącej wynagrodzić mu opuszczenie jego miasta i uczelni.
Losy Banacha w czasie wojny 22 września 1939 r. Lwów został zajęty przez sowietów. Stefan Banach pozostał profesorem uniwersytetu, któremu władze sowieckie nadały imię Iwana Franki. W latach 1939–1941 pełnił funkcję dziekana Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Zgodził się również zostać delegatem do rady miejskiej. W momencie agresji niemieckiej znajdował się w Kijowie. W ostatniej chwili udało mu się powrócić do Lwowa. Na krótko został aresztowany przez Niemców pod zarzutem przemytu marek niemieckich.
Instytut prof. Rudolfa Weigla Nie mając środków do utrzymania siebie, żony i syna, pracował jako karmiciel wszy w słynnym Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami prof. Rudolfa Weigla. Wykonywanie tej pracy chroniło Banacha i wielu innych lwowskich uczonych przed aresztowaniem przez Niemców. Był też wykładowcą na organizowanych przez Niemców Państwowych Technicznych Kursach Zawodowych prowadzonych w gmachu Politechniki Lwowskiej. Po ponownym zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną w lipcu 1944 r. przystąpił do odbudowy wydziału matematyki. Wykładał także we Lwowskim Instytucie Politechnicznym.
Uniwersytet Jagielloński Za namową przyjaciół zdecydował się na opuszczenie Lwowa i rozpoczęcie pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Plany te pokrzyżowało zdiagnozowanie u Banacha nowotworu oskrzeli. Zmarł 31 sierpnia 1945 r. Został pochowany w grobowcu rodziny Riedlów na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.
Odznaczenie Banacha Orderem Orła Białego, 2018
Rodzice
Urodził się 30 marca 1892 r. w Krakowie. Informacje o jego korzeniach rodzinnych nie są pewne. Jego ojciec pochodził z Ostrowska lub Jordanowa na Podhalu. Matka, Katarzyna Banach, pochodziła z tych samych stron, prawdopodobnie z Borównej. Banach nie znał swojej matki, ponieważ tuż po urodzeniu oddała go do rodziny zastępczej Marii Płowej. Jego przybrana matka prowadziła pralnię przy ul. Grodzkiej w Krakowie. Jego wychowanie wspierał finansowo biologiczny ojciec, wówczas zatrudniony jako urzędnik w krakowskim magistracie. Pozwoliło to na sfinansowanie dalszej nauki wykazującego wielkie talenty matematyczne i językowe Stefana Banacha.
Wilfredo Lam (1902-1982) – urodzony na Kubie – miał afrykańskie i chińskie korzenie. Przekonania polityczne i zaangażowanie w nowoczesne malarstwo kształtował w ogarniętej wojną Europie lat 30. XX w.
Clairvoyance | Jasnowidzenie, 1950, olej/płótno, 239×253 cm
Mieszkał w Hiszpanii (1923-1938), głównie w Madrycie. Był to okres nauki i poszukiwań dla malarza. Pomimo klasycznego wykształcenia, Stary Świat odegrał znaczącą rolę w jego rozwoju artystycznym, początkowo za sprawą Starych Mistrzów. W Muzeum Prado pociągały go osoby potępiające tyranię: Francisco Goya, Pieter Brueghel, Albrecht Dürer, Hieronim Bosch…
Taniec Abalochas dla Dhambali, boga jedności, 1970
Fata Morgana, 1941
Untitled | Bez tytułu, 1958
Grande Composition, 1949
En 1916, Wilfredo et une partie de la famille s'installent à La Havane tandis que son père, déjà très âgé, reste à la campagne. Wilfredo s'exerce au dessin et à la peinture dans les jardins botaniques de la ville. Il abandonne des études de droit pour suivre une formation artistique et devenir portraitiste.
Horizons chauds vers | Ciepłe horyzonty, ok. 1968
De 1918 à 1923, Lam est inscrit à l’Escuela Profesional de Peinture de San Alejandro. Il est l’élève des peintres Leopoldo Romanach et Armando G. Menocal. C'est à l'âge de 21 ans qu'il prend la nationalité cubaine, étant jusqu'alors chinois par sa filiation, expliquant par après qu'il s'est toujours senti avant tout cubain malgré son sang chinois.
La confidence | Pewność siebie, 1947
De 1924 à 1926, à Madrid, il rejoint la Real Academia de Bellas Artes de San Fernando. Les cours sont donnés par le directeur du Prado, portraitiste et professeur, qui ne jure que par la tradition, Fernando Alvarez de Sotomayor qui avait été le maître de Salvator Dali. À partir de 1925, à Madrid, pour échapper à l’enseignement réactionnaire de San Fernando, il fréquente l’Escuela Libre de Paisaje fondée par Julio Moisés, avec l’aide de peintres anticonformistes Benjamin Palencia, Francisco Bores, José Moreno Villa et Salvator Dali.
Madame Lumumba, 1938
Jeune Femme sur fond vert clair | Młoda kobieta na jasnozielonym tle, 1938, olej/płótno, 90×59 cm
Lam vit en Espagne de 1923 à 1938. Il demeure le plus souvent à Madrid, avec quelques séjours à Cuenca, León puis à Barcelone. C’est pour le peintre une longue période d’apprentissage et de recherches. Malgré un enseignement classique, l’Ancien Monde jouera bien le rôle de révélateur. D’abord par le biais des maîtres anciens. Au musée du Prado, il est attiré par tous ceux qui dénoncent les tyrannies: Francisco Goya, Pieter Brueghel, Albrech Dürer, Jérôme Bosch… Il se sent proche de ces artistes révoltés et contestataires.
Rzeźby
Alta mare | Inne morze
Yemaya, 1977
Wygnanie i powrót na Karaiby po 18 latach spędzonych za granicą skłoniły go do radykalnej reinterpretacji swojego projektu artystycznego, odwołując się do historii Afrokaraibów. Dla Lama, który miał afrykańsko-chińskie pochodzenie, tworzenie nowej, żywej wyobraźni było czymś więcej niż tylko sposobem na autorefleksję. Deklarował, że jego sztuka jest „aktem dekolonizacji”. Jego eksperymenty formalne, transformacyjne postaci i krajobrazy oraz zamiłowanie do poezji i współpracy pozwoliły mu zburzyć i przezwyciężyć struktury kolonialne, z którymi zetknął się w sztuce i w życiu.
Wiedziałem, że narażam się na ryzyko, że nie zostanę zrozumiany ani przez mężczyznę na ulicy, ani przez innych – powiedział Lam – ale prawdziwy obraz ma moc pobudzenia wyobraźni, nawet jeśli zajmuje to trochę czasu.
Leopold Gottlieb (1879-1934) – artysta, dla którego nie istniały granice państw i kultur, ograniczenia stylu i środowisk. W czasie swojego życia nieustannie w podróży związanej z artystycznym rozwojem, pokazywał swoje prace na całym świecie: od Lwowa, Krakowa i Warszawy, poprzez Wiedeń, Berlin i Paryż aż po Pittsburgh. Przyjaźnił się ze spotykającymi się w kawiarni La Rotonde – ówczesnym pępku artystycznej Europy – artystami z kręgu Ecolé de Paris i współtworzył paryską międzynarodową bohemę. Jego sztuka, wyrosła na pniu polskiego modernizmu i symbolizmu, ewoluowała ku wysublimowanej formie, ukazującej syntezę ludzkiej egzystencji, charakteryzującej się melancholiczną aurą wokół delikatnie zarysowanych sylwetek, rytmiczną kompozycją i subtelną kolorystyką, ograniczoną do odcieni różów, błękitów i brązów. W szczególności po doświadczeniu dramatów I wojny światowej w jego sztuce zaczęły coraz częściej gościć tematy dotyczące kondycji człowieka, jego miejsca w społeczeństwie, warunków pracy i wykluczenia.
Z wernisażu:Odbite w sztuce, fot. Michał Wielebski
Mela Muter (wł. Maria Melania Mutermilch) (1876-1967) Paryż. Działania w ramach projektu wpisują się w przypadającą w 2026 roku 150. rocznicę urodzin artystki. Pochodziła z zamożnej żydowskiej rodziny Klingslandów, która miała kulturalne zainteresowania i była wierna polskim niepodległościowym tradycjom. Jej ojciec, Fabian, był warszawskim przedsiębiorcą, który wspierał artystów i pisarzy, w tym Leopolda Staffa, Jana Kasprowicza i Władysława Reymonta. W 1899 roku artystka studiowała w warszawskiej Szkole Rysunku i Malarstwa dla Kobiet Miłosza Kotarbińskiego. Jednak w celu dalszego rozwoju w 1901 roku wyjechała do Paryża, gdzie pozostała już do końca życia.
Z wernisażu: Odbite w sztuce, fot. Michał Wielebski
Historia sztuki zalicza Muter do École de Paris, ale artystka wymyka się wszelkim powinowactwom i klasyfikacjom. Największą sławą cieszyła się w latach 20. XX wieku jako portrecistka osobowości tamtych lat: muzyków, polityków, pisarzy, wśród nich również noblistów. Muter okrzyknięto portrecistką psychologizującą, bo miała dar wydobywania z ludzi prawdy o nich samych. Nie lubiła tego określenia, a nawet się z nim nie zgadzała. Zwracała uwagę na inny aspekt. Portretowała tylko tych, którzy chcieli z nią szczerze współpracować „poprzez swój ładunek intelektualny i duchowy". Oprócz sław na swoich obrazach przedstawiała ludzi z marginesów społecznych. Wiek dojrzały przyniósł jej dramaty osobiste. Sztuka pomogła jej przejść przez śmierć rodziców, jedynego dziecka, przyjaciół, ukochanego Raymonda Lefebvre'a. Podczas drugiej wojny światowej musiała ukrywać się w Awinionie. Zawsze wrażliwa na los potrzebujących, także po wojnie im pomagała, zapominając o swoim trudnym położeniu, także materialnym.
Z wernisażu: Odbite w sztuce, fot. Michał Wielebski
Urodzony we Lwowie (1937), mieszka we Wrocławiu Studia w PWSSP Wrocław w latach 1956-1962. Dyplom w pracowniach prof. Xawerego Dunikowskiego i doc. Apolinarego Czepielewskiego – z wyróżnieniem. Jako profesor zwyczajny Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu prowadził Pracownię Medalierstwa i Małej Formy oraz Pracownię Odlewniczą. Zajmował się medalierstwem, rzeźbą architektoniczną, małą formą rzeźbiarską i rysunkiem.
Prace artysty, wybrane
Stanisław Dawski, 2005, jednostronny, brąz lany, 118 mm
Alfred Jahn, 1995, awers, dwustronny, lany
Alfred Jahn, 1995, rewers, dwustronny, lany
Xawery Dunikowski, jednostronny, brąz lany
Józef Gielniak, jednostronny, brąz lany
Rok Mozartowski, Wratislavia Cantans, 1991
Wysoka łąka, 1983, jednostronny, brąz lany, 174×174 mm
Francis Bacon, 1999, brąz lany, patynowany, 200×315 mm
Józef Gielniak, statuetka
Rysunki – Rodzina i Przyjaciele
Wystawy indywidualne
1981 – Galeria Spojrzenia, Wrocław
1991 – Salon Sztuki Współczesnej, Wrocław
Udział w wystawach zagranicznych
1966 – Międzynarodowa Wystawa Rzeźby w Ceramice, Peruggia 1975-1976 – Polska sztuka współczesna, Düsseldorf, Stuttgard, Hanower 1977 – Fi Dem, wystawa międzynarodowa, Budapeszt 1979 – Fi Dem, wystawa międzynarodowa, Lizbona 1983 – Fi Dem, wystawa międzynarodowa, Florencja
Udział w wystawach krajowych
1946-1990 – Zachęta, Warszawa
1990 – Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych we Wrocławiu
1990 – Ujęcia: Ewa Panufnik-Dworska, Jacek Dworski, BWA Awangarda, Wrocław
1997 – Świat Sztuki Ewy i Jacka Dworskich, Muzeum Medalierskie, Wrocław
Ważniejsze realizacje – płaskorzeźby
1974 – Teatr im. J. Kochanowskiego w Opolu
1980 – Laboratorium Wody we Wrocławiu
1979-1980 – Sanatorium w Lądku Zdroju, statuetki
1981-1999 – Międzynarodowy Festiwal Muzyki Warszawska Jesień, Orfeusz
1990-2000 – Wratislavia Cantans, Szermierz
Prace Artysty znajdują się w muzeach i kolekcjach w kraju i za granicą.
Okno z deszczem
Właściwie to nie ma żadnego powodu, aby tak szczególnie wyróżniać tę niewielką plakietkę Jacka Dworskiego, która tyle właśnie przedstawia: że jest okno, a za tym łukiem okna – co widać dzięki odemknięciu połowy okiennicy – że deszcze padają.
Tak jakby zamyślenie nad tą właśnie wrocławską jesienią Anno Domini 1996. Właściwie to ani okna, ani deszczu na plakiecie nie ma. Jest parę wgłębień płaszczyzny, parę prostych prostopadłych kresek i nieco kresek do nich skośnie ustawionych i kilkanaście kropek.
Jeszcze ów łuk sklepiający plakietkę. Kilkanaście plakietek obejmuje zwykle jakiś bardzo realistyczny motyw, aby ukazać coś, co jest bardzo formalną grą z mistrzowskim opanowaniem przestrzennego skrótu, z takim operowaniem nacięcia powierzchni, zadrapaniem lub wgnieceniem, które nieuchronnie prowadzą do odczucia przestrzennych kategorii.
Inny cykl, niemniej przewrotny, z medalowego krążka czyni jakby instrument muzyczny, zaznaczając niby nuty, a może po prostu reprezentacje całkiem konkretnych dźwięków w postaci owych drgnień powierzchni brązu, lśnień i zmatowień. To już nie symbole, znaki, jakieś odniesienia, lecz tony, to nie medalowe krążki, lecz instrumenty. Nie wykluczam, że gdyby się wsłuchać w ich zaśpiew, gdyby ogrzać je w dłoni, dawałyby nam koncert nie mniej urzekający niż jakaś musica camerata. Twórczość Jacka Dworskiego jest niezwykle muzyczna. To nie kwestia tematów-motywów z twórczością muzyczną związanych. Nie przytrafiły się one rzeźbiarzowi do opracowania jako medale od okazji do okazji. Figurka Orfeusza tańczącego jest jednym z wyraźniejszych przykładów zaklęcia w brązie melodii archaicznej pieśni.
To, co jest znamienne dla rzeźb, konstrukcji, medali, plakiet, monet, rysunków, które tworzy Dworski, nie kończy się na owej zmysłowości odczuć jednocześnie dotykowych, wzrokowych i dźwiękowych. Każdy z jego utworów, nawet zdawałoby się superrealistyczny portret-rzeźba w wosku, jest grą o głębszym znaczeniu. Jest to gra z całą tradycją rzeźbiarską, jaką dziedziczymy po antycznej rewolucji greckiej.
Przeglądanie się poprzez własne próby – rzeźbiarskie eseje, w zwierciadle tej bogatej tradycji – jest właściwym środkiem, jaki stosuje wrocławski celator. Jeśli bierze do ręki metal, jeśli leje brąz, jeśli rzeźbi w drewnie lub w kamieniu, czy też odciska w glinie, nie same te materiały go zajmują.
Przedmiotem, jaki opracowuje, nie jest też temat – który rozpoznajemy na pierwszy rzut oka – lub prosty motyw. Bawi nas złudzeniem, ale tak naprawdę rozgrywa subtelne interpretacje przestrzennych abstrakcyjnych fenomenów. Jedne są dawne, nieomal omszałe, inne aktualnie pociągające rzesze współzawodników. Jeśli widzimy kolekcję pompejańskich brązowych kandelabrów, to oczywiście nie będą to kopie ani kontynuacje tych archeologicznych przedmiotów, lecz znaczące odniesienia do najprostszych znaków księżyca, ludzkiej dłoni, liścia, i w końcu dowiemy się w ten sposób więcej o wrażliwości współczesnego artysty niż o sposobach bytowania i upodobaniach starożytnych Rzymian.
Kiedyś, gdy jeszcze nie znano wspólnego pojęcia dla dziedziny rzeźby, zastanawialibyśmy się, czy artysta jest bardziej sculptorem czy celatorem. Pewniejsi jesteśmy innych określeń, że jest rzeźbiarzem – którego sztuka jest wolna od krępujących doktryn – i jest humanistą o tej skali wrażliwości na ludzki los, która łączy współczucie i współodczuwanie z ludźmi, z osobami, ponad przedziałem czasów i ponad różnicami partykularnych kultur.
Zbigniew Makarewicz
**** Tekst towarzyszył wystawie Świat sztuki Ewy i Jacka Dworskich 7 listopada 1996 – 15 stycznia 1997 Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu