Promocja sztuki i artystów
Autorska prezentacja działań w sztuce | pro publico bono
18 czerwca 2026
11 czerwca 2026
Roman Wilhelmi (1936-1991)
6 czerwca 1936 urodził się Roman Wilhelmi, który już
w szkole teatralnej powtarzał: Kocham siebie w tym zawodzie.
Nie kocham teatru ani filmu. Lubię to. Urodziłem się po to,
by grać duże rzeczy. Dlatego chcę być aktorem.
Trzeba mieć na to siłę i ja ją mam.
Aktor Roman Wilhelmi w filmie "Wiano" w reżyserii Jana Łomnickiego
czerwiec 1963. Fot. PAP/CAF- Cezary Langda
„Wiele lat musiałem pracować na to, żeby grać tylko to, co jest dla mnie istotne, żeby przedstawienie było dla mnie, i dla tych, którzy przychodzą je oglądać, święte” – powiedział aktor, cytowany w książce Marcina Rychcika „Roman Wilhelmi. Biografia” (Axis Mundi, 2015). „Dyrektorzy i reżyserzy uważają, że jeśli raz obsadzą mnie w dobrej roli, to ja im potem powinienem z grzeczności »pyknąć coś małego«. Dobra, mówię, ale napisz mi na plecach, że ja to robię wyłącznie z przyjaźni do ciebie. Połowa się obraża” – opowiadał.
Do tych, co się nie obrażali, należał Stanisław Jędryka. „Mimo że w teatrze grał wielkie role, nie zapominał o filmach dla młodzieży. Nie brało się to tylko z jego stosunku do mnie, ale przede wszystkim z jego charakteru” – opowiadał Marcinowi Rychcikowi. „Ujął mnie tym, że chętnie wspominał o naszej współpracy w wywiadach” – podkreślił reżyser „Do przerwy 0:1”, „Wakacji z duchami” i „Stawiam na Tolka Banana”. „Nie miał w sobie nic z gwiazdorstwa. To był mądry człowiek, który miał naprawdę dużo do powiedzenia na temat warsztatu aktorskiego, życia w ogóle” – podsumował.
Wiele lat musiałem pracować na to, żeby grać tylko to,
co jest dla mnie istotne, żeby przedstawienie było dla mnie,
i dla tych, którzy przychodzą je oglądać, święte.
Roman Wilhelmi urodził się 6 czerwca 1936 w Poznaniu,
w mieszczańskiej, katolickiej rodzinie bez żadnych tradycji aktorskich
– jako najstarszy z trzech synów Zdzisława i Stefanii.
„O mały włos a urodziłabym go w teatrze. Potem mówili: a dziwisz się, że masz aktora” – wspominała Stefania Wilhelmi w filmie dokumentalnym „Nie pasuje do Ciebie ta śmierć” (TVP Poznań, 1994). „Gdy zostawał sam, rozrabiał. Nie potrafiłam go ukarać. Patrzył mi głęboko w oczy i z miną skruszonego rozrabiaki, mówił: Mama, ja już nigdy tego nie zrobię” – opowiadała.
Po kolejnych awanturach rodzice oddali go do szkoły salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim. Tam, zamiast nauczyć się dyscypliny, po raz pierwszy poczuł magię sceny. „Zetknąłem się ze szkolnym zespołem artystycznym. W jednej z kapliczek w kościele zrobiono scenę. Ksiądz Siuda, który wspaniale śpiewał, a za palenie papierosów golił nam głowy na glanc, potrzebował małego, lekkiego, łysego Chrystusika. Wsadzili mnie do kosza, nic nie kłamię, i przenieśli mnie z jednej kulisy w drugą. Ja pamiętam do tej pory szmer tamtej publiczności” – wspominał po latach Wilhelmi. „Od chwili, kiedy usłyszałem ten szmer, wiedziałem już, kim chcę być” – wyjaśnił.
W 1954 zdał do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Aleksander Zelwerowicz miał powiedzieć o nim, że „to największy talent aktorski, jaki objawił się po wojnie”. Jeden członek komisji egzaminacyjnej miał obiekcje do wzrostu Wilhelmiego – prawdziwy aktor powinien mieć metr dziewięćdziesiąt, a nie 165 cm – był to Adam Hanuszkiewicz.
Po studiach ukończonych w 1958 Wilhelmi zaangażował się do warszawskiego Teatru Ateneum, w którym pracował do 1986 roku. Potem – aż do śmierci – związał się z Teatrem Nowym w Warszawie, którym od 1990 kierował Adam Hanuszkiewicz.
Początki w Ateneum były trudne. „Przez siedem lat nie miałem na co zaprosić matki i ojca do teatru” – wspominał Wilhelmi. Aleksander Bardini przydzielał mu kolejne epizody, długo więc musiał czekać na entuzjastyczne recenzje krytyków teatralnych. Zanim te jednak przyszły, zyskał popularność dzięki serialowi telewizyjnemu” – napisała Agnieszka Niemojewska w artykule „Roman Wilhelmi. Utracjusz i perfekcjonista” („Rzeczpospolita”, 2020).
Kultowe postaci, decydujące o masowej popularności tych seriali, stworzył w „Czterech pancernych i psie”, „Karierze Nikodema Dyzmy” i „Alternatywy 4”.
„Z dzieciństwa zapamiętałem kolegów, którzy nie wierzyli, że mam ojca – Olgierda z »Pancernych«. Wprost z piaskownicy zaprosiłem całą czeredę do domu, wskazałem palcem na tatę siedzącego za stołem i powiedziałem: to on!” – opowiadał Rychcikowi Rafał Wilhelmi. Jego ojciec z kolei wspominał w wywiadach, że o ile Dyzmę trzeba było grać, to w „Czterech pancernych” wystarczyło być.
Choć aktor wystąpił tylko w sześciu pierwszych – z 23 ogółem – odcinkach serialu, dotknęło go również – podobnie jak Janusza Gajosa, który na planie „Pancernych” spędził 6 lat – „zaszufladkowanie”, objawiające się brakiem kolejnych propozycji.
„Na kolaudacji »Do przerwy 0:1« podniosły się głosy sprzeciwu, że nie wolno aktora, którego publiczność kojarzyła i akceptowała jako bohatera pozytywnego i patriotę z »Pancernych«, obsadzać w roli rzezimieszka, typka spod ciemnej gwiazdy” – wspominał reżyser Stanisław Jędryka, cytowany przez Rychcika. Wilhelmi w jego serialu – i w filmie „Paragon, gola!” – zagrał Romka Wawrzusiaka, przestępcę i głównego prześladowcę młodego piłkarza.
Przewidując takie konsekwencje, Wilhelmi odmówił udziału w „wskrzeszeniu” Olgierda Jarosza w postaci jego brata bliźniaka – bo również na taki pomysł wpadli twórcy „Czterech pancernych”, szukając możliwości powrotu aktora do coraz bardziej rozwijającego się serialu.
Odmówił również Janowi Rybkowskiemu, który zaproponował mu rolę Dyzmy. Ostatecznie przyjął ją, podpuszczony przez przyjaciela, Macieja Domańskiego, reżysera spektaklu „Wyspa” Athola Fugarda, brawurowo zagranego w warszawskim Ateneum (1979) przez duet Wilhelmi | Henryk Talar.
Przez siedem lat nie miałem na co zaprosić
matki i ojca do teatru.
Kiedy Wilhelmi oznajmił Domańskiemu, że po raz drugi odmówił Rybkowskiemu, ten odpowiedział, że postąpił słusznie, „ponieważ producenci filmu znaleźli już właściwego Dyzmę”. „Błysnęło mu oko i z niecierpliwością zapytał: kto? Pomyśl tylko – jeśli nie ty, to jest tylko jeden aktor, który zrobi to dobrze – Jerzy Stuhr. Blefowałem oczywiście. Godzinę później Roman przyjął rolę, która zapewniła mu nieśmiertelność” – opowiadał Domański Marcinowi Rychcikowi.
„Dyzma to wspaniała postać” – mówił później Wilhelmi w jednym z wywiadów. „Ja naprawdę gram swoje marzenie. Bo chciałbym być Dyzmą, ale wiem, że nigdy nim nie będę. Dlatego tę rolę ludzie najlepiej rozumieją. Mam specyficzne poczucie humoru, przefiltrowane przez nie postacie negatywne nie są już aż tak jednoznaczne” – wyjaśnił.
„Jeśli uznać, że powieść Jerzego Kosińskiego »Wystarczy być« jest plagiatem powieści Dołęgi-Mostowicza, To Peter Sellers był kukiełką tylko przy kreacji polskiego aktora. Wilhelmi zdeprecjonował jego rolę” – ocenił Marcin Rychcik.
W serialu komediowym „Alternatywy 4” (1983) w reżyserii Stanisława Barei, wykreował blokowego dozorcę – „gospodarza domu” – co znów przyniosło mu uznanie publiczności, choć krytycy byli oszczędniejsi w pochwałach. „Przegraną najbardziej spektakularną, bo telewizyjną, był dozorca Anioł” – ocenił Krzysztof Demidowicz w tekście „Mężczyzna pod presją” („Film”, 1997). „Można odnieść wrażenie, że Wilhelmi sam siebie reżyserował, nie bardzo wiedząc, jak znaleźć klucz do śmieszno-groźnej postaci swojskiego zamordysty” – wyjaśnił.
„Korzystając z bogatego doświadczenia zawodowego, abstrakcyjnego poczucia humoru i autoironii, stworzył pyszną postać, esencję władzy ludowej” – nie zgodził się z taką oceną Rychcik w swej książce. Nim jednak dotarł do Dyzmy i Anioła, Olgierd Jarosz „uziemił” Wilhelmiego dla filmu na prawie 10 lat – pierwsze znaczące role to bandyta Antoni Pochroń w „Dziejach grzechu” Waleriana Borowczyka i kelner Robert Fornalski w „Zaklętych rewirach” Janusza Majewskiego. Oba filmy weszły na ekrany w 1975. W ocenie krytyków Pochroń Wilhelmiego był zdecydowanie bardziej barwną i głębszą postacią – budzącą nie tylko grozę i obrzydzenie, ale również śmiech – od literackiego pierwowzoru z powieści Stefana Żeromskiego.
Kreację Fornalskiego docenił sam autor „Zaklętych rewirów” Henryk Worcell, który – zastrzegając, że „rzeczywisty Fornalski wyglądał zupełnie inaczej” – stwierdził, że całkowicie akceptuje „tego, którego pokazuje Wilhelmi”. „Nie odtwarza Fornalskiego, on tworzy swojego, na którego nie sposób się nie zgodzić” – ocenił pisarz po obejrzeniu filmu.
Kreacja Wilhelmiego na wiele lat ostudziła zapał reżyserów do kolejnych adaptacji powieści Worcella. Odważył się na to dopiero w 2011. Adam Sajnuk, realizując spektakl w Teatrze Konsekwentnym – Fornalskiego zagrał Mariusz Drężek. „Wziąć rolę po Wilhelmim i podołać, to już jest coś. Jego kelner Fornalski z »Zaklętych rewirów« jest zbudowany na chamstwie podszytym histerią i wewnętrznym strachem, to brutal i sadysta świadomy, że gdy przestanie rządzić – zginie. Bardzo subtelnie pokazane jest tu swoiste napędzanie się do skurwysyństwa, plus mgnieniowe iskry lęku w oczach, natychmiast gaszone, i jeszcze niejasna i ciekawa miękkość pod twardoskórą powłoką… Świetna rola w dobrym, skromnym widowisku Adama Sajnuka” – ocenił Jacek Sieradzki w „Subiektywnym spisie aktorów teatralnych (sezon 2011/2012)”.
Był niepowtarzalny jako Nikodem Dyzma czy Stanisław Anioł,
ja chcę go jednak pamiętać z wybitnej roli Jerzego Fryderyka Haendla
w »Kolacji na cztery ręce«.
„Wielka szkoda, że nie było żadnej możliwości wypromowania filmu w Europie, gdyż dzięki tak opracowanej drugoplanowej roli aktor miałby szansę zaistnieć na arenie międzynarodowej. Oscar – to było jego wielkie marzenie” – podsumował Rychcik rolę Wilhelmiego w „Zaklętych rewirach” Majewskiego.
„To był też czas rosnącej fascynacji aktora stylem gry według recepty słynnego Actor's Studio w Nowym Jorku: nie grał, lecz żył rolą. Wzorował się na aktorstwie Marlona Brando, zwłaszcza na teatralnej scenie” – przypomniała Agnieszka Niemojewska.
Pierwszą ważną rolą teatralną Wilhelmiego był Stanley w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennessee Williamsa w reżyserii Aleksandra Bardiniego w stołecznym Ateneum (1959). W tym teatrze, z którym związał się zaraz po studiach w warszawskim PWST, później zagrał wiele ról drugoplanowych i epizodycznych, ale również większych, m.in. Lowkę Krzyka w „Zmierzchu” Izaaka Babla w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego (1967) i Willego w „Niemcach” Leona Kruczkowskiego w reżyserii Janusza Warmińskiego (1967). „Peer Gynt” Henryka Ibsena wyreżyserowany przez Macieja Prusa (1970), z Wilhelmim w roli tytułowej, został bardzo dobrze przyjęty w Norwegii, ojczyźnie dramaturga.
W Ateneum aktor z powodzeniem współpracował właśnie z Maciejem Prusem, czego efektem były kreacje w dramatach Stanisława Ignacego Witkiewicza – Prokuratora Scurvy'ego w „Szewcach” (1971) i Józefa Rypmanna w „Gyubalu Wahazarze” (1973); role Pozza w „Czekając na Godota” Samuela Becketta (1971) oraz Markiza Posa w „Don Carlosie” Fryderyka Schillera (1972) i Mefistofelesa w „Tragicznych dziejach doktora Fausta” Christophera Marlowe'a (1975).
„Stworzył Szatana wręcz nowatorskiego na tle istniejących w tradycji scenicznej możliwych wariantów. Jest to Szatan nie tylko smutny i pełen refleksji, ale przede wszystkim szczerze kochający Fausta” – napisał o tej ostatniej kreacji prof. Grzegorz Sinko („Kultura”, 1975).
O roli Petera w „Kuchni” Arnolda Weskera w reżyserii Janusza Warmińskiego (1972) Andrzej Hausbrandt napisał w „Ekspresie Wieczornym”, że Wilhelmi
„w jednej postaci zdołał połączyć poetyckość i trywializm, marzycielstwo
i prymitywizm, brutalną siłę i słabość pełną bezradności”.
W 1977 zastąpił Wojciecha Pszoniaka grającego McMurphy'ego w „Locie nad kukułczym gniazdem” Dale'a Wassermana, wyreżyserowanym przez Zygmunta Hübnera w stołecznym Teatrze Powszechnym.
„Wilhelmi był wprost sensacyjny. Nie grał awanturnika, dziwkarza i szulera, na przekór wszystkiemu walczącego
o ochronę osobowości i godności ludzkiej.
On nim był!” – ocenił Marcin Rychcik.
Warto zauważyć, że w tej roli zmierzył się nie tylko z Pszoniakiem, ale również z Jackiem Nicholsonem – film Milosa Formana miał swą polską premierę półtora roku wcześniej.
W latach 80. XX w. wykreował w Ateneum dwie duże role – Mackie'go Majchra w „Operze za trzy grosze” Bertolta Brechta w reżyserii Ryszarda Peryta (1980) i Dantona w „Śmierci Dantona” Georga Büchnera – spektaklu wyreżyserowanego przez Kazimierza Kutza (1982).
„Jego Danton jest postacią bardzo bogatą, prawdziwą i zastanawiającą. Aktor z dużym mistrzostwem potrafi podzielić życie swojego bohatera w płaszczyźnie wielkiego polityka i trybuna ludowego, przywódcy ugrupowania, któremu przewodzi, wreszcie męża i kochanka. Już od początku jednak widać, iż nad postacią tą zawisło pewne fatum, które zaprowadzi go na gilotynę. Dlatego tak prowadzi rolę, by zbytnio widza końcowym efektem nie zaskoczyć” – czytamy na stronie Encyklopedii Teatru Polskiego.
Roman Wilhelmi zmarł 3 listopada 1991 roku,
jest pochowany na warszawskim Cmentarzu Wilanowskim. Przeżył tylko 55 lat, a wykreował blisko 170 ról w teatrze, kinie i telewizji 1991 w każdą angażował się bez reszty. „Wiedział, że i tak będzie lepszy, gdy postać zaleje swoją lawą, wypełni swoim temperamentem, swoją radością grania. Był zjawiskiem wyjątkowym” 1991 wspominał Kazimierz Kutz. „Na zawsze pozostał łatwowierny, naiwny i próżny – jak dziecko. Nawet gdy mocował się ze sobą, ulegał słabościom, »szedł w Polskę« – było to zawsze bezbronne i dziecinne. Diabeł i anioł w nim mieszkali” – powiedziała Rychcikowi Barbara Wrzesińska.
„Był niepowtarzalny jako Nikodem Dyzma czy Stanisław Anioł, chcę go jednak pamiętać z wybitnej roli Jerzego Fryderyka Haendla w »Kolacji na cztery ręce«” – napisała Agnieszka Niemojewska.
W tym spektaklu, który miał premierę w Teatrze Telewizji 31 grudnia 1990, Wilhelmi wystąpił w Januszem Gajosem – jako Janem Sebastianem Bachem – i Jerzym Trelą, który grał Jana Krzysztofa Schmidta.
„Obserwowałem walkę dwóch gigantów historycznych i dwóch gigantów współczesnych” – opowiadał Rychcikowi Jerzy Trela. „Tę dysputę prowadzili w sposób bardzo nasycony, krwisty i precyzyjny. Istnieje wiele definicji dotyczących prawdy w teatrze i w filmie. Czymkolwiek jest owa prawda, Wilhelmi ocierał się o nią, więcej, dotykał jej. Na ambicję wynikającą z postaci Haendla, który za wszelką cenę chciał dominować nad Bachem, nakładała się mordercza praca Wilhelmiego” – wyjaśniał. „Nieustannie żonglował sobą. Przy poważnym stosunku do tego, co robi, miał instynktowne poczucie humoru na swój własny temat. Nakładał na postać dyskretny żart z samego siebie. To rzadkie, ponieważ zawsze chcemy ukryć swe przywary pod maską postaci. On się tego nie bał” – podkreślił Trela.
Paweł Tomczyk (PAP)
Źródło: dzieje.pl
10 czerwca 2026
Olena Matoshniuk i Adam Nowaczyk – Obecności
Wernisaż | Performance
11 czerwca 2026, godz. 18.
11 czerwca – 13 września 2026
Katowice Miasto Ogrodów
pl. Sejmu Śląskiego 2, Katowice
stanowi rozszerzenie ich praktyk malarskich w kierunku działania,
które ją współtworzy w czasie rzeczywistym.
Artyści, operujący na co dzień obrazem, rezygnują z jego stabilności
na rzecz sytuacyjności i efemeryczności,
W jego obręb zostaje włączony także widz,
zaproszony do współuczestnictwa w procesie,
w którym napięcie między widzialnym a odczuwalnym
nie jest jedynie przedmiotem obserwacji,
lecz doświadczeniem współdzielonym.
Punktem wyjścia jest kategoria obecności rozumianej nie jako stan oczywisty, lecz jako proces podlegający ciągłym przesunięciom, zanikom i intensyfikacjom. W tym sensie performans wpisuje się w charakterystyczne dla Oleny Matoshniuk zainteresowanie mechanizmami percepcji w warunkach napięcia i zagrożenia, gdzie doświadczenie „tu i teraz” ulega fragmentaryzacji i nakłada się na inne porządki czasowe.
Jej wcześniejsze realizacje pokazywały, w jaki sposób codzienność zostaje przechwycona przez rytuały, komunikaty i powtarzalne gesty, wynikające z życia w stanie ciągłego oczekiwania na lepsze. Performanse artystki często opierają się na dosadnym milczeniu fragmentaryzowanym powstrzymaną ekspresją, w której cielesne reakcje odbijają się echem w ciężkich, niewygodnych dla ucha, często powtarzalnych, dźwiękach, intensyfikujących doświadczenie napięcia i obecności. W Obecnościach te same mechanizmy zostają przeniesione w obszar minimalnych działań i cielesnej współobecności.
Z kolei praktyka Adama Nowaczyka, zakorzeniona w refleksji nad statusem obrazu, jego materialnością i relacją z przestrzenią, znajduje tu swoją kontynuację poprzez dematerializację medium. Obraz nie znika, lecz ulega przemieszczeniu, stając się układem relacji: ciał, gestów, rytmów i napięć. To, co wcześniej funkcjonowało jako powierzchnia malarska, zostaje rozciągnięte na przestrzeń i czas, tworząc sytuację percepcyjną o zmiennej intensywności.
Choć praktyki Oleny Matoshniuk i Adama Nowaczyka wykazują formalne zbieżności, wyrastają z odmiennych obszarów doświadczeń i wrażliwości. Ich performatywne zderzenie, czy też napięcie między perspektywami staje się tu najistotniejszą wartością, otwierając przestrzeń dla nowych znaczeń.
Istotnym elementem projektu jest niemal hermetyczna przestrzeń galerii, zawieszona między tradycyjną funkcją a nieokreślonością. Jej ciemność i formalna niejednoznaczność nie stanowią jedynie tła, lecz aktywnie modelują doświadczenie, uruchamiając skojarzenia z miejscami przejścia, izolacji lub zagrożenia. W tym kontekście przestrzeń sama zaczyna funkcjonować jako uczestnik działania, jako coś, co nie tyle mieści obecność, ile ją generuje i warunkuje.
Koncepcja działania ujawnia się w swoistej redukcji: prostych gestach, pauzach, powtórzeniach, kontrolowanym oczekiwaniu. To właśnie oczekiwanie staje się jednym z kluczowych narzędzi w pracy artystów, jak i w doświadczeniu widza. W tej temporalnej szczelinie ujawniają się napięcia między tym, co jest, a tym, co dopiero może się wydarzyć. Obecności nie proponują zamkniętej narracji ani jednoznacznej interpretacji. Zamiast tego konstruują warunki, w których możliwe staje się doświadczenie obecności jako czegoś niestabilnego, podatnego na zakłócenia i negocjowanego w relacji z innymi.
oprac.©kuzborska
01 czerwca 2026
Sztuka Wicekrólestwa Peru





v


W ramach obchodów 95-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Peru odbyła się wystawa kolekcji w 2018 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie oraz w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.
Wicekrólestwo Peru nazywane też Wicekrólestwem Kastylii to kolonia hiszpańska założona w 1544 roku. Początkowo obejmowała wszystkie hiszpańskie zdobycze w Ameryce Południowej, z wyjątkiem wybrzeży dzisiejszej Wenezueli. Wyzysk Indian doprowadził w 1780 roku do wybuchu powstania. W 1821 gen. José de San Martin zajął Limę i ogłosił niepodległość Peru. Kolekcja jest efektem pięćdziesięcioletnich starań, ofiarności i pasji, a wchodzące w jej skład eksponaty pokazano w ponad stu wystawach na całym świecie.
© Colección Barbosa-Stern
https://youtu.be/21x4ZKlvp6U
23 maja 2026
Constantin Brâncuși (1876-1957) – Rzeźba

Constantin Brâncuși, Pocałunek, 1907
Muzeul de Arta Craiova, Krajowa
Pisanie o artyście, jakim był Constantin Brâncuși, wymaga spowolnienia myśli, aby uchwycić wyjątkowość tej postaci i jego perspektywy myślenia o przenikającym go świecie. Kiedy zabrzmią nam w uszach takie nazwiska jak: Cioran, Eliade, Noica, Stăniloae, to pierwsze i pewnie właściwe skojarzenie prowadzi nas do kultury rumuńskiej; ekstraklasy intelektualnych osobowości XX wieku. W tej panoramie twarzy i myśli postać Brâncușiego – tradycjonalisty i eksperymentatora – nabiera swoistego kolorytu i wydaje się nieoceniona dla współczesnej rzeźby. Artysta, którego przenika bogactwo światów i horyzontów, za którymi skrywał się powściągliwy w słowach Rumun, przyszedł na świat w miejscowości Hobita, około dwudziestu kilometrów na zachód od Târgu Jiu, jako drugie z czworga dzieci Marii Deaconescu i Radu Niculae Brâncuşiego. Rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Pestisani, a później w Brădiceni. Podjął studia artystyczne w Școala de Arte și Meserii (1894-1898), a następnie kontynuował edukację w Școala Națională de Arte Frumoase w Bukareszcie (1898-1901).

Amadeo Modigliani, Portret Constantina Brâncuşiego
1909, Abelló Collection, Madrid
Był rumuńskim rzeźbiarzem, malarzem i fotografem, który zamieszkał we Francji. Geniusz Brâncuşiego polegał na tym, że wiedział, gdzie szukać prawdziwego „źródła” form, które chciał i potrafił stworzyć – pisał Mircea Eliade. – Zamiast reprodukować formy rumuńskie czy afrykańskie, Brâncuşi zajął się „interioryzacją” swojego doświadczenia życiowego. W ten sposób udało mu się odnaleźć sposób „istnienia w świecie” człowieka archaicznego – wszystko jedno, czy był to myśliwy wczesnego paleolitu czy neolityczny rolnik śródziemnomorski, karpacko-dunajski bądź afrykański (…) W pewnym sensie odnalazł on ten sposób „obecności w świecie,” który pozwalał tym nieznanym artystom stworzyć ich własny świat plastyczny, istniejący w przestrzeni niemającej nic wspólnego, na przykład, z przestrzenią klasycznej sztuki greckiej.
19 maja 2026
Kino arthouse | kino autorskie

Sofia Coppola, Na pokuszenie
15 maja 2026
Zamek Królewski w Warszawie – Dzieła wybrane

Bacciarelli Marcello – Michał Jerzy Wandalin Mniszech
z córką Elżbietą i pieskiem Kiopkiem

Bacciarelli Marcello – Stanisław August
w stroju koronacyjnym

Bernardo Bellotto – Widok Kapitolu
z Kościołem Santa Maria in Aracoeli

Bernardo Bellotto – Widok
Warszawy od strony Pragi

Jan Matejko – Rejtan. Upadek Polski

Jan Matejko – Konstytucja 3 Maja 1791

Melchior de Hondecoeter – Kogut,
kura z kurczętami i gołębiami

Rembrandt van Rijn – Uczony przy pulpicie

Rembrandt van Rijn – Dziewczyna w ramie obrazu
13 maja 2026
Atrakcje Zamku Królewskiego
udostępnia nowe atrakcje
.jpg)
Sala Senatorska
.jpg)
Pałac pod Blachą
.jpg)
Pokój Zielony
.jpg)
Pokój Żółty
.jpg)
Sala Marmurowa
.jpg)
Sala Tronowa
.png)
Sala Wielka
.jpg)
Rembrandt van Rijn, Dziewczyna w ramie obrazu,
Galeria im. Lanckorońskich
Ponadto, m.in.
- Trasa Królewska – widowiskowe sale reprezentacyjnego Apartamentu Wielkiego z Salą Tronową, Salą Wielką, Pokój Canaletta, Pokoje Żółty i Zielony
- Trasa Muzealna – od bezcennych płócien Jana Matejki i Rembrandta po historyczną Salę Senatorską, w której podpisano Konstytucję 3 Maja
- Trasa Zamkowa – Apartamenty Królewskie, Galeria Matejkowska, Sale Sejmowe, Galeria im. Lanckorońskich
- Trasa Pałacowa – Apartament Księcia Józefa Poniatowskiego w Pałacu pod Blachą
12 maja 2026
Lem Stanisław – Solaris, film
z najpopularniejszych tematów literatury fantastycznej
– temat kontaktu z obcą cywilizacją, odmienną formą życia,
a może po prostu z nieznanym. Tego Lem jednoznacznie
już nie dopowiada. Być może dlatego Solaris po kilkudziesięciu
latach od pierwszego wydania wciąż fascynuje.
W rolach głównych: Harey – Magdalena CieleckaSnaut – Adam WoronowiczSartorius – Jerzy ŚwięchGibarian – Leszek FilipowiczBerton – Przemysław WyszyńskiMuzyka – Karol NepelskiSkrzypce – Barbara MglejPuzon basowy – Jan SzymańskiFlet basowy i kontrabasowy – Renata GuzikWiolonczela – Jarosław PłonkaMiks i opracowanie muzyczne – Kamil SajewiczRealizacja atmosfer i efektów dźwiękowych – Tomasz BogackiRealizacja nagrań i montaż dialogów – Grzegorz Gutkowski
11 maja 2026
Lem Tomasz – Tajne przejście... wywiad
Tajne przejście do królestwa krasnoludków
Wywiad z Tomaszem Lemem
źródło: https://solaris.lem.pl/galeria/album-domowy
Przeżywałem wówczas okres fascynacji motoryzacją i całymi dniami przesiadywałem u zaprzyjaźnionego mechanika w garażu, toteż ojciec zapewne chciał poszerzyć moje horyzonty (panowie rozmawiali o literaturze i sytuacji środowiska literackiego w czasach Gierka). Z drugiej strony, moja obecność była niewskazana z uwagi na to,
co mógłbym potem powtórzyć w szkole.
Wyjątkowe były urodziny osiemdziesiąte, ich organizatorem było Wydawnictwo Literackie. Zaplanowano je niefortunnie na 11 września 2001. W trakcie wspaniałej uroczystości, urządzonej z wielką pompą, doszły nas wieści o atakach terrorystycznych w USA – z powodu tej tragedii uroczystość została „wygaszona”, a jej część artystyczna stonowana.
żyć „nie nudno”?
Ojciec rzeczywiście rozpieszczał mnie w dzieciństwie, kupując mi niezliczone ilości zabawek. Z perspektywy czasu myślę, że moje pojawienie się na świecie pełniło także funkcję listka figowego – ojciec bardzo lubił zabawki i już jako dorosły człowiek, a na dekadę przed moim przyjściem na świat, kupował je regularnie: modele kolejek, nakręcane roboty, modele samochodów, samolotów, piszczący banan, pozytywki. Poświęcał mi też sporo czasu, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie, choć do jego gabinetu nie zawsze można było wejść, bo czasami przezornie zamykał się na klucz.
09 maja 2026
Lem Stanisław (1921-2006) – Film biograficzny
który stał się prorokiem przyszłości.
W filmie dokumentalnym odkryjemy razem historię, której nie opowiadają szkolne podręczniki. Historię lwowskiego chłopca z inteligenckiej rodziny, który w czerwcu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku zdał maturę z marzeniami o studiach, a kilka miesięcy później zobaczył upadek swojego świata. Historię dwudziestoletniego studenta medycyny, który w czasie niemieckiej okupacji stał pod murem płonącego więzienia we Lwowie, czekając na strzał, który nigdy nie padł. Historię pisarza, który z własnej traumy Holokaustu uczynił najgłębszą refleksję o naturze zła w nowoczesnym świecie.
Poznamy Lema jako autora Solaris – powieści, która zrewolucjonizowała światową fantastykę naukową i stała się klasyką literatury. Zrozumiemy jego słynny konflikt z Andriejem Tarkowskim o filmową adaptację tego dzieła. Zanurzymy się w świat Cyberiady, Bajek robotów i Dzienników gwiazdowych – arcydzieł absurdu i czarnego humoru, w których ukrył swoje najbardziej osobiste doświadczenia.
Odkryjemy, jak w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku, w czasie komunistycznej Polski, przewidział rzeczywistość wirtualną, sztuczną inteligencję i inżynierię genetyczną w swoim monumentalnym dziele Summa technologiae. Opowiem również o jego latach emigracji w Wiedniu podczas stanu wojennego, o powstaniu Prowokacji – tekstu, w którym Lem dokonał najbardziej wstrząsającej analizy Holokaustu i natury nowoczesnego zła. Zakończymy opowieść powrotem do Krakowa, ostatnimi latami w domu w Klinach i odejściem pisarza dwudziestego siódmego marca dwa tysiące szóstego roku.
To opowieść o człowieku, który nie dał czytelnikowi pocieszenia, ale dał coś trudniejszego i cenniejszego – prawdę. Prawdę o granicach ludzkiego poznania, o źródłach zła, o potędze kiczu moralnego, o tym, dlaczego technologia nie zbawi człowieka, skoro człowiek się nie zmienia. W epoce, która coraz bardziej przypomina tę, od której Lem uciekał, jego myśl staje się coraz bardziej potrzebna. Film powstał na podstawie starannie zebranych źródeł biograficznych, świadectw współpracowników pisarza, analiz literaturoznawczych i badań nad jego dorobkiem. Zapraszam do uważnego wysłuchania tej historii – historii jednego z największych polskich twórców wszechczasów.
Stanisław Wiśniewiecki
solaris.lem lem/ksiazki
oprac.©kk
08 maja 2026
Quentin Tarantino – filmy
Quentin (1963) miłość do kina odziedziczył po matce. Od 1965 roku mama (już 18-latka) często zabierała go do kina. W wieku 22 lat zatrudnił się w wypożyczalni kaset wideo. Dzięki temu, jak sam twierdzi, mógł oglądać wszystkie filmy, na jakie miał ochotę.
Pracował na jednej zmianie z innym maniakiem kina Rogerem Avarym (późniejszym współscenarzystą Pulp Fiction) spędzali całe godziny dyskutując o filmach i wymyślając własne fabuły. Pierwszy film, który przyniósł Quentinowi rozgłos, to Wściekłe psy (1992), w którym był scenarzystą, reżyserem i aktorem. Dzięki popularności, do filmu Pulp Fiction (1994) pozyskał swoich wymarzonych aktorów – Bruce'a Willisa i Johna Travoltę.
Rok 1994 okazał się prawdziwym przełomem w karierze reżysera. Pulp Fiction uhonorowano Złotą Palmą na festiwalu w Cannes. Tarantino dostał Złoty Glob za scenariusz i siedem nominacji do Oscara – walkę o miano najlepszego filmu przegrał z filmem Forrest Gump, ale ostatecznie otrzymał wraz z Avarym statuetkę za najlepszy scenariusz oryginalny.
Bękarty wojny to jedno z najwyżej ocenianych dzieł Quentina Tarantino. Łączy czarny humor, inscenizacyjny rozmach i wiarę w siłę kinowego spektaklu. Skłania do refleksji nad najnowszą historią i sposobami przedstawiania jej w sztuce.
Akcja filmu rozpoczyna się w okupowanej Francji podczas egzekucji rodziny Shosanny Dreyfus (Mélanie Laurent), której dziewczyna jest świadkiem. Stracenia dokonuje nazistowski pułkownik Hans Landa (Christoph Waltz). Shosannie udaje się uciec i wyjechać do Paryża, gdzie jako właścicielka kina, przyjmuje nową tożsamość. W innym miejscu, w Europie, porucznik Aldo Raine (Brad Pitt) organizuje grupę żydowskich żołnierzy, którzy mają dokonywać aktów zemsty...
Film przedstawia alternatywną historię II wojny światowej,
w której oddział amerykańskich żołnierzy żydowskiego pochodzenia przeprowadza krwawą zemstę na nazistach w okupowanej Francji. Jest luźną fantazją historyczną, skupiającą się na temacie sprawiedliwości i zemsty.
Obecnie Tarantino jest prawdopodobnie jednym z najchętniej oglądanych i najczęściej dyskutowanych reżyserów. Przez wielu krytyków przedstawiany jest jako twórca postmodernistyczny.
Źródło: filmweb
07 maja 2026
Sławomir Kuszczak – Paradoks powtórzenia
"Paradoks powtórzenia" i "Nie wprost" to dwie wystawy: fotografii we wrocławskiej Galerii Fotografii ZPAF i malarstwa w wałbrzyskim Muzeum Porcelany, Galerii BWA, których autorem jest Sławomir Kuszczak. Dwa różne media, a jednak jest to ten sam wizualno-filozoficzny traktat afirmujący nasze ludzkie bycie. Można je oglądać do końca maja 2026.
Henri Cartier-Bresson szukał w swojej twórczości decydującego momentu – tego jednego, doskonałego zbiegu wizualnej doskonałości, która definiuje rzeczywistość. Mnie natomiast, paradoksalnie, od wielu lat – zarówno w malarstwie, jak i w fotografii – fascynuje powtórzenie. Powtórzenie nie jako naprawa błędu czy wykonanie kopii, lecz jako sposób na dobre bycie. Jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz – znają to wszystkie dzieci, które nie chcą rezygnować z przyjemności; znają to także dorośli, których cieszy każdy dzień świadomego życia. Być co dnia, codziennie malować, fotografować, kochać, cieszyć się, cierpieć… BYĆ.
Jedną z ciekawszych refleksji nad powtórzeniem odnajdujemy w myśli duńskiego filozofa Sørena Kierkegaarda. Według tego chrześcijańskiego myśliciela powtórzenie jest dla człowieka szansą, ponieważ umożliwia świadomy wybór, u którego podstaw leży idea wolnej woli. Jesteśmy wolni: powtarzając, decydujemy świadomie, ale jednocześnie ponosimy konsekwencje naszych wyborów. Coś za coś. Z jednej strony Kierkegaard uwalnia nas od obowiązków narzucanych przez estetyzm – nie musimy dążyć do unikatowej doskonałości ani poświęcać całego życia, by osiągnąć społecznie wyobrażony ideał. Możemy powtarzać, możemy afirmować nasze codzienne bycie, ale musimy wziąć za nie odpowiedzialność. W ten sposób stajemy się podmiotami etycznymi. Odpowiedzialność za powtórzenie uczy nas pewnej strategii: nie chodzi tu o wysiłek czy mozół, lecz o radość. Mamy prawo cieszyć się naszym byciem, jakiekolwiek by ono nie było.
S. Kuszczak
Sławomir Kuszczak. Urodzony w 1966 roku w Rawiczu. Studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu (malarstwo) i Akademii Sztuk Pięknych w Lublanie (grafika). Dyplom z malarstwa, z wyróżnieniem w pracowni profesora Jana Świtki. Jako wykładowca związany z macierzystą uczelnią od 1990, obecnie w Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu prowadzi XII Pracownię Rysunku. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki. Dwukrotny laureat Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie. Autorskie prace malarskie, rysunkowe, graficzne i fotograficzne prezentował na ponad stu indywidualnych i zbiorowych wystawach w kraju i za granicą.






