25 października 2026

Nabiści – Prorocy nowej sztuki



6 lipca – 15 listopada 2026
Muzeum Łazienki Królewskie
Podchorążówka

Zobaczymy niemal 100 dzieł nabistów, którzy wpłynęli na rozwój sztuki nowoczesnej. Wśród prezentowanych dzieł są m.in. obrazy takich mistrzów, jak Maurice Denis, Paul Ranson i Paul Sérusier. Prace pochodzą z polskich i zagranicznych kolekcji, w tym słynnego francuskiego Musée d'Orsay.

O wystawie opowiada dr Marek Płuciniczak,
kurator malarstwa w Muzeum Łazienki Królewskie

Nabiści byli grupą artystyczną działającą we Francji w latach 1888-1899. Odrzucili zasady akademickiego malarstwa, a ich prace charakteryzowały się głębokim kolorem, wyraźnym konturem i dekoracyjnością. Choć funkcjonowali krótko, zainspirowali wielu późniejszych artystów, m.in. kubistów.
Byli ruchem nowoczesnym, a jednocześnie tajemniczym, o czym najlepiej świadczy ich nazwa, którą sami wymyślili. "Nabi" to po arabsku i hebrajsku "prorok", stąd też nawiązanie w tytule ekspozycji.
Wystawa ukazuje fundamentalną rolę, jaką nabiści, m.in. Paul Sérusier, Pierre Bonnard, Paul Ranson, Maurice Denis, Ker-Xavier Roussel, Georges Lacombe, Édouard Vuillard i Félix Vallotton, odegrali w kształtowaniu sztuki nowoczesnej.
Mimo że istotnie wpłynęli na twórczość przełomu XIX i XX w., wciąż pozostają niedostatecznie znani szerszej publiczności. W naszym kraju nie zorganizowano dotąd żadnej ekspozycji poświęconej tej grupie, choć oddziaływała ona także na polskich artystów, studiujących pod koniec XIX w. w Paryżu.

Ekspozycja ukazuje m.in. początki ruchu artystycznego oraz wpływ Paula Gauguina i tzw. Szkoły Pont-Aven. Obejmuje ponadto dzieła o charakterze religijnym i ezoterycznym, widoki wnętrz i sceny rodzajowe, a także działalność prowadzonego przez braci Natansonów – Tadeusza i Aleksandra – czasopisma "La Revue Blanche". Obejrzymy ponad 90 prac z zakresu malarstwa, rysunku i grafiki.

Prezentowane dzieła pochodzą ze zbiorów jedenastu zagranicznych instytucji publicznych z Francji, Szwajcarii, Holandii i Węgier. Większość z nich nigdy wcześniej nie była pokazywana w Polsce. Są to przede wszystkim znakomite obrazy ze zbiorów francuskiego Musée d'Orsay, w tym jedna z ikonicznych dla nabistów prac – "Plama słońca na tarasie" autorstwa współzałożyciela ruchu, Maurice'a Denisa.

Pojawiły się też prace z jedenastu kolekcji prywatnych (francuskich, szwajcarskich i polskich), zatem możliwość zobaczenia ich na żywo jest absolutnie wyjątkowa. Ekspozycję wzbogacają obiekty z dziewięciu krajowych zbiorów publicznych, w tym dzieła Władysława Ślewińskiego, jednego z nielicznych polskich artystów bezpośrednio związanego z École de Pont-Aven i pozostającego pod wyraźnym wpływem Paula Gauguina oraz nabistów.

Inni polscy twórcy, którzy w poszukiwaniu nowoczesności czerpali inspirację od nabistów, a których prace możemy zobaczyć na wystawie, to: Mela Muter, Stanisław Wyspiański, Władysław Ślewiński, Marian Wawrzeniecki, Edward Okuń, Jan (Jean) Mirosław Peske (Peské, Peszke), Witold Wojtkiewicz, Wacław Żaboklicki, Karol Frycz, Bolesław Biegas, Henryk Hayden, Jan Rubczak oraz Eugeniusz Zak.

Ekspozycja to wyjątkowa okazja do nowego spojrzenia na zmiany zachodzące w sztuce pod koniec XIX w., a zarazem do podkreślenia związków kulturowych między Francją a Polską.

Kuratorami wystawy są dr Ewa Bobrowska oraz Jean-René Saillard
Wstęp bezpłatny w piątki


24 października 2026

Stryjeńska Zofia – Malarstwo



Zofia Stryjeńska (1891-1976) – uznana malarka, graficzka,
ilustratorka, scenograf, projektantka tkanin, plakatów
i zabawek, związana z Warszawą i Zakopanem.


Koncert Beriota, gwasz na papierze, 1923

W dorobku malarskim artystki silnie uwidacznia się jej zamiłowanie do tradycji, tańca i muzyki, które narodziło się jeszcze w Monachium, w wyniku spotkania z kręgiem zainteresowanych tańcem i baletem awangardzistów skupionych wokół postaci Wasily’ego Kandinsky’go. W twórczości malarki można odnaleźć również echa inspiracji sztuką gotyku, secesji, kubizmu. Twórczość Stryjeńskiej charakteryzuje się geometryzacją, linearyzmem i pewnością rysunku, żywą, kolorystyką, dynamiką, rytmem, dekoracyjnością i niepowtarzalną stylistyką, będącą sumą fantazji artystki oraz interpretacji artystycznej nurtu art déco i polskiego folkloru.


Chrystus ze świętym Józefem, ok. 1950


Miesiące styczeń i luty


Zrywanie jabłek


Dziewczyna z wiankiem


Zbieranie jabłek


Żniwiarze


Scena z krową


Grajek i dziewczyna, wieczór w górach, po 1945


Taniec żydowski, ok. 1960, tempera na płótnie


Wystawa z okazji 135. rocznicy urodzin
i 50. rocznicy śmierci malarki

Zofia Stryjeńska – Między wiarą a obrzędem
w Muzeum Ziemi Tarnowskiej w Tarnowie, II-V.2026


23 października 2026

Wykłady do wystawy Nabiści



Wykłady przybliżą sztukę nabistów i rynek sztuki.
Przeniesiemy się do Paryża schyłku XIX w., poznamy
niezwykłe relacje artystów oraz polskich twórców,
którzy zetknęli się z cichą rewolucją nabistów.


dr Ewa Ziembińska: Przyjaciele z liceum. Czy bez braci Natanson nabiści staliby się prorokami nowej sztuki?

Wątek młodzieńczej licealnej przyjaźni, która w przyszłości zaowocowała wspólną artystyczną drogą, jest bardzo istotny w przypadku nabistów. Do Lycée Condorcet uczęszczali też bracia Natanson, o warszawskich korzeniach. To właśnie oni stali się promotorami sztuki nabistów, zakładając wspaniałą kolekcję ich sztuki oraz propagujące ich twórczość pismo krytyczne "La Revue Blanche". Na jego łamach publikowano pierwsze teksty o grupie i recenzje z wystaw oraz omawiano i analizowano obrazy. Przyjrzymy się tej niezwykłej relacji.



dr Ewa Bobrowska: Artyści polscy wobec ruchu nabi, przyjaźnie i inspiracje

W dziełach wielu polskich twórców przełomu XIX i XX w., m.in. Stanisława Wyspiańskiego, Jana (Jeana) Peske, Wacława Żaboklickiego, Henryka Haydena, Meli Muter czy Jana Rubczaka, są widoczne echa stylistyki grupy nabistów. Czerpała ona z syntetyzmu Paula Gauguina i japonizmu, a charakteryzowała się odejściem od trójwymiarowości obrazu i naturalistycznego odzwierciedlenia rzeczywistości, a także zainteresowaniem tematami życia codziennego, poszukiwaniem dekoracyjności obrazu. W jaki sposób polscy twórcy zetknęli się z "cichą rewolucją" nabistów? Jaką rolę odegrali pośrednicy, jak np. Władysław Ślewinski i Gabriela Zapolska? Czy podróże do Paryża były niezbędnym warunkiem zapoznania się z osiągnięciami francuskiej grupy? To tylko niektóre pytania, na które postaramy się odpowiedzieć podczas wykładu.



Przemysław Głowacki: Félix Vallotton. Poza nabizm

Szwajcarski artysta Félix Vallotton to jeden z najciekawszych członków grupy nabistów. Był nie tylko malarzem, lecz także wybitnym, nowatorskim grafikiem. W swojej ojczyźnie zdobył uznanie, które utrzymuje się do dziś. Dowodem na to były liczne wystawy z okazji niedawnego stulecia jego śmierci. Wśród szerszej publiczności można zauważyć rosnące zainteresowanie jego twórczością, nie tylko z okresu nabizmu. Podczas wykładu zajmiemy się również jego późniejszymi dziełami, kiedy jego styl ewoluował w bardzo indywidualny sposób.



Wojciech Głowacki: Być artystą w Paryżu: rynek sztuki i jego aktorzy

W okresie istnienia ugrupowania nabistów Paryż pozostawał niekwestionowanym centrum świata sztuki. Dążąc do rynkowego sukcesu, twórcy musieli nauczyć się funkcjonowania w sieci wzajemnych powiązań, łączących ich m.in. z marszandami, kolekcjonerami, krytykami i publicznością. Obok tradycyjnej drogi budowania kariery - poprzez udział w Salonie paryskim - coraz większego znaczenia nabierała wtedy alternatywna ścieżka oferowana przez niezależne galerie, wzrastało także znaczenie stowarzyszeń artystów. Podczas wykładu zarysujemy przemiany paryskiego rynku sztuki w ostatniej dekadzie XIX w., opiszemy jego mechanizmy i głównych aktorów.



Renata Higersberger: Académie Julian w Paryżu, pionierska uczelnia i jej wybitni adepci

W 1868 r. malarz akademicki Rodolphe Julian założył na paryskim Montmartre własną akademię, która nosiła jego imię. Uczelnia miała początkowo charakter koedukacyjny, z czasem jednak rozdzielono pracownie na męską i żeńską. Bardzo szybko otwarto też jej kolejne siedziby. Jedna z nich, mieszcząca się przy Faubourg-Saint-Denis nr 48, stała się miejscem spotkań przyszłych członków grupy nabistów. Podczas wykładu przyjrzymy się fenomenowi tej prywatnej uczelni, która zrewolucjonizowała edukację artystyczną i stała się prawdziwym inkubatorem talentów - miejscem, z którego wywodzili się twórcy reprezentujący skrajnie odmienne postawy artystyczne: od akademików i symbolistów po pionierów awangardy XX w.



21 października 2026

Maria Anto (1936-2007) – Malarstwo magicznej wyobraźni


Absolwentka Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych
w Warszawie (dyplom,1960). Studiowała pod kierunkiem
prof. Stefana Płużańskiego (1906-1970) i prof. Michała Byliny (1904-1982).


Tworzyła silnie emocjonalne dzieła na granicy surrealizmu malarstwa fantastycznego i prymitywnego. W latach 70. XX w. związana była z galerią Cortina w Mediolanie. Przyjaźniła się z Dino Buzzatim, Maxem Ernstem i Michałem Walickim, który napisał esej do jej katalogu wystawy indywidualnej w Galerii Zachęta w 1966. 

Maria Anto Studiowała na Wydziale Malarstwa warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, dyplom w 1962 roku. Jako kilkuletnia dziewczynka uniknęła śmierci podczas ucieczki z transportu do Auschwitz w 1944 roku. W 1966 roku trzydziestoletnia Maria Anto, u progu artystycznej kariery, miała dużą wystawę indywidualną w Zachęcie: pokazała blisko 60 prac olejnych. Innym istotnym wydarzeniem w jej tworczości był udział w Biennale w São Paulo w 1963 roku.

Jej malarstwo wydaje się m.in. odpowiedzią na traumę wojenną, z ktorą mierzyła się w dorosłym życiu. Była jedną z nielicznych malarek, które osiągnęły duży sukces artystyczny, w dodatku uprawiając malarstwo realistyczne. Tworczość Anto wpisywano w tradycję surrealizmu, malarstwa metaforycznego i sztuki naiwnej. Jako kobieta malarka funkcjonowała w centrum życia artystycznego PRL i zarazem na jego marginesach. Lubiana i szanowana przez artystów, Maria Anto uważana była jednocześnie za erudytkę, ekscentryczkę, pracoholiczkę, utalentowaną artystkę, zjawiskowej urody kobietę, wreszcie – uosobienie samej sztuki. „Maria Anto nie uprawia sztuki. Ona jest sztuką”, pisał o malarce poeta Jan Wołek.

Miała około 60 wystaw indywidualnych w Polsce i za granicą, uczestniczyła w około 200 wystawach zbiorowych – ogólnopolskich i międzynarodowych (m.in. VII Biennale w 
São Paulo). Prace artystki znajdują się w kolekcjach prywatnych i zbiorach muzealnych w Polsce i za granicą.

Była nietuzinkową artystką i charyzmatyczną osobowością. W czasach, kiedy sztuka była zdominowana przez mężczyzn, ona zasuwała w odlotowej mini po najważniejszych instytucjach artystycznych. Kiedy wszyscy zajmowali się abstrakcją i działaniami konceptualnymi, ona upierała się przy malarstwie figuratywnym i robiła to w taki sposób, że trudno znaleźć równą jej osobowość. Dopiero w moim pokoleniu pojawili się artyści, których można z nią porównywać.

Miała nieograniczoną wyobraźnię i olbrzymią erudycję. Stworzyła własną ikonografię, która nie przypomina nawet twórczości surrealistów. Choć formalnie malarstwo matki przywodzi na myśl Fridę Kahlo, to wyobrażeniowo bliżej jej do Magritte’a, a momentami nawet do ‚narkotykowych’ portretów Witkacego. Myślę, że ciekawie byłoby przeprowadzić taką analizę porównawczą. Krytycy stale podkreślają podobieństwo do Henri Rousseau i sztuki naiwnej, ale dziś już go nie widzę.

Jachuła i Janin podają, że była porównywana przez krytyków do Fridy Kahlo, Yves’a Tanguy, Maxa Ernsta, Giorgia de Chirico i Henriego Rousseau, „stworzyła jednak całkowicie własny, indywidualny i niepowtarzalny styl”. W jej obrazach mają wyrażać się – „przełamane magiczną wyobraźnią i erudycją” – lęki i traumy wyniesione z doświadczeń dzieciństwa w okupowanej Warszawie, śmierci najbliższych oraz ocalenia z transportu do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
Zuzanna Janin o Marii Anto
w rozmowie z Agatą Trzebuchowską
Wypowiedzieć traumę, "Przekrój", 2018


Źródło: sda.pl
 

20 października 2026

Jankowska-John – Dzikość serca...



Barbara Jankowska-John
Dzikość serca i tulipany
8 października 2026 – 13 stycznia 2027
Galeria Klubu Muzyki i Literatury we Wrocławiu
pl. gen. Tadeusza Kościuszki 10






Artystka należy do Związku Polskich Artystów Plastyków


Bezkresna przestrzeń. Niebo utkane chmurami. Leniwie zwisają nad ziemią. Powietrze parzy. A one suną majestatycznie. Przestrzeń niemalże nieograniczona. Horyzont to jedyna linia w pejzażu. Nic nie robi na mnie takiego wrażenia jak ogromna przestrzeń. Doświadczyłam tego kilkakrotnie i uczucie, które mnie wtedy ogarnia, nie ma sobie równych. Czuję ciszę, harmonię i spokój. Serce rośnie ze szczęścia. Tylko niebo, ziemia… i ja.

Z rodzinnych przekazów zapamiętałam historię mojej babci Emilii. Mój ojciec zawsze z dumą opowiadał o tatarskim pochodzeniu swojej matki. Zapamiętałam ją jako smukłą, wiotką kobietę o poważnej, śniadej twarzy, długich, czarnych włosach i skośnych oczach. Zmarła, gdy miałam 7 lat. Po niej odziedziczyłam skośne oczy i zamiłowanie do rysowania. Wszystko musiało być utrwalone.

Rysowałam kwiaty, gałązki, wszelkie motywy roślinne, wzory i wzorki. „A Basia to ciągle te kwiatki i kwiatki…” – mówiła moja przyjaciółka ze szkoły podstawowej. No cóż, to było silniejsze ode mnie. Stąd wybór liceum plastycznego o profilu ceramika artystyczna, specjalizacja zdobnictwo. Potem PWSSP (obecna Akademia Sztuk Pięknych we Wrocławiu). Oczywiście, Wydział Ceramiki i Szkła. Aneks z malarstwa. Rzadko myślałam o moich korzeniach, tym bardziej że ojciec zmarł tuż po moim dyplomie. Był niezwykły, miał rozległe zainteresowania i to on zaszczepił we mnie miłość do ojczyzny, literatury i sztuki. W takiej właśnie kolejności.

Myślę, że moja potrzeba tworzenia to spuścizna po moich przodkach. Tatarzy polscy, gdy nie walczyli za swą nową ojczyznę, zajmowali się często rzemiosłem i ogrodnictwem. Niewielu wie, że słowa znanej pieśni (Hej, hej ułani) „Ułani, ułani malowani ludzie” dotyczą właśnie Tatarów. Ozdabiali swoje ubrania, buty, oręż motywami nawiązującymi do sztuki islamu. I choć przez lata, w procesie asymilacji utracili swój język, to stopniowo przejęli polską kulturę. Część przeszła na chrześcijaństwo, a część pozostała przy islamie, religii przodków. Dzięki dyrektorowi Klubu Muzyki i Literatury Ryszardowi Sławczyńskiemu poznałam tatarskiego poetę. Musa Czachorowski zachwycił mnie swoimi wierszami i poczułam tę samą dzikość serca i umiłowanie przestrzeni. Dzięki nim zanurzyłam się w historii Tatarów polskich. Poznałam, jak udało im się zachować ten rdzeń tożsamości. A ja odnalazłam odpowiedź na wiele tematów związanych z moją twórczością. Zachęcam do takich podróży między przeszłością a teraźniejszością.


* * *


Musa Çaxarxan Czachorowski – Stańmy się jednością

Odkrywanie sztuki – w sobie, wokół siebie – bywa jak odzyskiwanie swego pierwszego, dziecięcego świata. Świata wydobytego niespodziewanie z głębi pamięci, zapisanego niegdyś dawno zapomnianymi odcieniami, dźwiękami oraz literami. One są ważne, wszystko zresztą staje się ważne, o ile tylko nastąpi w odpowiednim momencie. Nagle te elementy zaczynają zaludniać pusty dotąd krajobraz, wypełniać życie, przywołując zaskakujące pogłosy i powidoki sprzed eonów lat, afirmując je, tworząc nowe, upiększające nas i uwznioślające wartości. Albo ich moc powala na kolana, łamie kręgosłup i niszczy istnienie.

Tak też bywa, gdy wielkość i niezwykłość fantasmagorii przerasta wyobraźnię. Dochodzi do tego, jeśli w łańcuchu przekazicieli nastąpi duchowa wyrwa. Wtedy barwy, dźwięki i litery nie przemówią. Step się nie zaludni, niebo pozostanie zachmurzone. Barbara Jankowska-John zna odcienie barw i dźwięków. Były w niej od zawsze, od samego początku dzieciństwa, które tak chętnie spędzała w wiosce dziadków w Małopolsce. Miejscowość niby zwykła, bo niewątpliwie wiele podobnych znajdziemy na mapie naszego kraju. Jednak w swej zwykłości trochę niezwykła, ponieważ założona jakoby przez tatarskich osadników – dzieci rozległych podniebnych przestrzeni, potomstwo Szarego Wilka, wychowane w łoskocie orlich skrzydeł. Tak więc projekcja podprogowa wciąż trwała, zapis się utrwalał i wzmacniał. Potrzebował jedynie czasu i sprzyjających okoliczności, aby się ujawnić.

Poznałem Barbarę poprzez literę. O tyle niepospolitą, bo arabską, zapisaną na jednym z jej obrazów. I dzięki tej literze zaczęliśmy wspólnie odczytywać przeszłość, która, całkiem możliwe, poprowadzi nas w przyszłość. Otworzyła bowiem bramę do wspólnoty doświadczeń praojców z wielu narodów, z wielu wyznań, tradycji i kultur, abyśmy odczuli i pojęli, a przynajmniej starali się pojąć to, co z natury rzeczy bywa niepojęte. Alif, lam, mim. Skąd się ta litera wzięła? Dlaczego? Co ma symbolizować? Czy jest intencjonalnym oznaczeniem płótna – płaszczyzny, stepu, przestrzeni – czy też przypadkowym, nic nieznaczącym zdobnikiem?

W niekwestionowanej polskiej rzewności Barbara nieśmiało – choć jednoznacznie – odnajduje we własnym genotypie pierwiastki wielkiego stepowego dziedzictwa, które wieki temu zadomowiło się tutaj i rozrosło. Tatarska krew krąży w tętnicach i żyłach słowiańskiej artystki. No, może nie zupełnie słowiańskiej, bo ubogaconej tatarskim oddechem i arabską literą. Dodajmy: literą świętą. Takimi literami zapisana została Święta Księga islamu, Koran, i każda z nich – pojedyncza oraz wszystkie razem – zawiera w sobie cząstkę świętości, posmak duchowości, zapowiedź poznania, wielkość zrozumienia. Czego? Gdy cokolwiek z tego na nas spłynie, natychmiast zyskamy świadomość. Będziemy wiedzieli. Chyba że Światłość wypali nam oczy.

Wspomniana tatarskość małopolskiej wioski, chociaż charakteryzująca się wieloma ciekawymi kontekstami, nie jest w Polsce zjawiskiem odosobnionym. W gruncie rzeczy śmiało można powiedzieć – lekko jedynie przesadzając – że bardzo tatarska ta nasza polska Polska. Nie rzuca się w oczy, nie dostrzegamy tego na co dzień, ale kiedy w miarę uważnie popatrzymy wokół, wówczas bez trudu na każdym kroku odkryjemy tatarskie ślady: historyczne i współczesne, materialne i naj zwyczajniejsze w świecie, lecz także głęboko uduchowione, przemawiające słowem, stygmatyzujące literą, z których każda znaczy znacznie więcej, niż znaczy. Kaf, ha, ja, ajn, sad. Najwcześniejsze polskie kontakty z przybyszami ze stepów sięgają pierwszej połowy XIII wieku. Wiązały się z najazdem Batu-chana, czyli w gruncie rzeczy Mongołów, ale chociaż armia była mongolska, to właśnie od niewielkiego, ale wyjątkowo bitnego plemienia Tatarów, zaczęto nazywać ją tatarską, wchodzących zaś w jej skład wojowników – Tatarami.

Z tamtego okresu pochodzą pierwsi osadnicy – nazwijmy ich już tatarskimi – na polskich ziemiach: wzięci do niewoli oraz pozostawieni ranni i chorzy stepowi wojownicy. Osadzeni zostali na Śląsku (m.in. w rejonie Raciborza) oraz w Małopolsce (m.in. w Mszanie Dolnej i okolicy) i bardzo szybko się zasymilowali. Do dzisiaj u wielu tamtejszych mieszkańców rozpoznać można charakterystyczne azjatyckie cechy: smagłą cerę, ciemne oczy, fałdę mongolską itd. Przetrwała pamięć na tyle mocna, że nawet teraz – po upływie tylu wieków – nazywani są Tatarami.

Później, w pierwszej połowie XV stulecia, gdy rozpadła się Złota Orda i powstał m.in. Chanat Krymski, wzajemne stosunki nabrały zdecydowanego rozmachu. Z tym oto sąsiadem – wielokroć naszym nieprzyjacielem, częstokroć sojusznikiem i wspólnikiem w rozlicznych przedsięwzięciach, np. handlowych i kulturalnych, zapisała Rzeczypospolita liczne karty wspólnej historii, w sumie naprawdę niezłej. Tatarzy zadomowili się na tutejszych ziemiach, przede wszystkim pełnili służbę wojskową pod sztandarami Rzeczypospolitej, byli tłumaczami królewskimi, kurierami, gońcami, kapłanami, prawnikami, lekarzami, naukowcami, szanowanymi rzemieślnikami oraz rolnikami i hodowcami. W pewnym momencie ich liczba sięgnęła nawet 200 tysięcy osób płci obojga.

Po drugiej wojnie światowej i będących jej następstwem zmianach granic państwowych, co do konało się w efekcie konferencji jałtańskiej w roku 1945, zmieniło się w zasadniczy sposób położenie tatarskiej społeczności. Została rozerwana i podzielona pomiędzy Polskę oraz sowieckie repu bliki: Litwę i Białoruś. Większość Tatarów – polskich Tatarów – niczym przed stuleciami ruszyła ze swych odwiecznych siedzib na Kresach w poszukiwaniu nowego domu. Jechali, często tygodniami i miesiącami, na Pomorze – do Olsztyna, Gdańska, Sopotu i Elbląga, albo dalej na zachód, do Szczecina. Część skręcała później na południe: do Szczecinka, Trzcianki, Gorzowa Wielkopolskiego, Poznania, Rybocic, Zielonej Góry. Docierali aż na zachodnie krańce państwa, m.in. do Wrocławia, Wałbrzycha, Jeleniej Góry, Oleśnicy, Zgorzelca, Krosna Odrzańskiego. No i dzięki temu nie ma w naszym kraju zakątka, który chociażby ociupinkę nie łączył się z Tatarami – historycznie albo współcześnie.

Są zarówno miejscowości z tatarskimi osadnikami, jak i rośliny – np. klon tatarski, zatrwian tatarski, tatarak, tatarka – a także rzeczy bardzo bliskie, codziennego użytku, m.in. czajnik, imbryk, sofa, tapczan, kiełbasa i kaftan. I rozmaite podania oraz legendy, np. o tatarskiej studni w Paczkowie, czarnej kozie w herbie Głuchołaz czy o tatarskim kamieniu nieopodal Nidzicy. Tym wszelako, co pozwoliło na przetrwanie zwartej tatarskiej mniejszości były dwie rzeczy: służba wojskowa w królewskich i własnych oddziałach oraz religia, islam. A skoro religia, to znaczy, że również jej Święta Księga zapisana arabskimi literami. Ta, ha. Wróćmy zatem do liter, jako że w nich ukryta bywa tajemnica. Sekret wszechrzeczy dostępny wyłącznie dla wtajemniczonych. Dla oświeconych. Tatarzy, również polscy, jako muzułmanie po sługiwali się literami – hurufami – arabskimi. Zapisywali nimi północnokresową polszczyznę, którą mówili na co dzień. Nic w tym dziwnego, wszakże na całym świecie obowiązywała powszechna zasada: „Czyja religia, tego język”, czyli alfabet. Stąd w katolicyzmie łaciński, w prawosławiu cyrylica, natomiast w islamie arabski.

Nasi Tatarzy używali arabskich liter głównie do tworzenia tekstów religijnych, odczytywanych obecnie przez naukowców z toruńskiego Centrum Badań Kitabistycznych. Dodajmy, że alfabet arabski stosowany był w języku tatarskim na Krymie oraz w Tatarstanie aż do lat 20. XX stulecia. Takie mieliśmy czasy, proszę ja kogo. Jednak co ze sztuką, co z obrazem i ową literą, stygmatyzującą ponoć, zapyta ktoś. Otóż, Tatarzy zajmowali się niegdyś – i niektórzy nadal to robią, niestety, bardzo nieliczni – sztuką tworzenia tak zwanych muhirów: malowanych, rysowanych, wyszywanych, bywało też tkanych obrazów o charakterze religijnych. Magicznym, ochronnym. Ich głównym motywem stawała się zazwyczaj litera – lub słowo – albo cały cytat z Koranu, oczywiście po arabsku. Gdyż tworzy nas litera. Litera po literze. Buduje w naszym jestestwie wartość słowa. One otwierają świat poza światami przed tymi, którzy ją doceniają.

Taki stan otwartości bez wątpienia spłynął szczodrze na Barbarę Jankowską-John. Dzięki jej tatarskim odniesieniom rodzinnym? Dzięki miłosierdziu Najmiłosierniejszego? Przez potęgę litery, która przetrwała na dnie języka, w gnieździe współczulnego dzieciństwa? Tak i w ten sposób bowiem Wszechmogący ukazuje swe znaki. Ta, sin, mim. Barbara czuje przestrzeń, widzi wewnętrznym okiem sine chmury spowijające szczyty gór Ałtaju, zalegające w ich kotlinach. Czuje smak spalonego słońcem stepu i szerokich rozlewisk w bujnych dolinach. Jest w niej łagodność i kategoryczność, nostalgiczne przenikanie się barwnych pasm oraz plam. Inne to oczywiście malarstwo, lecz z całą pewnością w wielu wymiarach pokrewne sztuce polsko-tatarskich artystów: Aleksandra Janowicza-Czaińskiego (1870-1941) oraz Olgi Piotrowicz (1909-2009). Przemawia po trochu w tym coraz bardziej odchodzącym w zapomnienie narzeczu delikatności odczuć, subtelności znaczeń, stonowanych namiętności, wieloznaczności pojęć, które dociera do nas w oczekiwaniu na odpowiedź. Jaką?

Odnajdźmy ją w swych sercach, jeśli nie lękamy się momentu próby. Stańmy się jednością. Alif, lam, ra. Alif, lam, mim; Kaf, ha, ja, ajn, sad; Ta, ha; Ta, sin, mim; Alif, lam, ra: są to litery zapisane na początku niektórych sur (rozdziałów) Koranu. Ich znaczenie znane jest wyłącznie Wszechmogącemu.


Musa Çaxarxan Czachorowski

Polski Tatar z Wrocławia, dziennikarz, poeta, który nie stroni od prozy, redaktor naczelny kwartalnika „Przegląd Tatarski”, przedstawiciel Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP na Dolny Śląsk. Tłumacz i propagator tatarskiej literatury oraz historii. Idzie, biegnie przez życie niczym po stepie, otwarty na wszystko, co dobre.


oprac.©kuzborska

19 października 2026

Pokój Zegarmistrzów Królewskich



Zamek Królewski w Warszawie – Muzeum
Rezydencja Królów i Rzeczypospolitej
Warszawa, Plac Zamkowy 4 

Ekspozycja stała 
– od 21 października 20126






Władcy Rzeczypospolitej otaczali się kunsztownymi czasomierzami. Nakręcanie zegara na wieży, polegające na podnoszeniu ciężkich obciążników co trzy dni, oraz obsługa innych zegarów na Zamku wymagały stałej obecności nadwornego zegarmistrza. Za panowania Wettynów (1698–1763) jego mieszkanie znajdowało się dwa piętra nad tym pomieszczeniem. Od czasów Jana III żył i pracował tam Salomon Krigner z Malborka, konstruktor zegarów kaflowych i słonecznych. Później zastąpił go Karl Christoph Krüger, który w 1750 roku przebudował mechanizm zegara wieżowego. W niewielkich izbach mieszkali następnie Daniel Schepcke i najsłynniejszy z zamkowych zegarmistrzów – Franciszek Gugenmus, opiekun zegarów Stanisława Augusta. Po abdykacji króla Gugenmus służył Fryderykowi Augustowi, księciu warszawskiemu, a następnie carowi Aleksandrowi I. Godność zegarmistrza zamkowego przetrwała aż do wybuchu II wojny światowej; w 1939 roku należała do rodziny przemysłowców Lilpopów.

W XVII i XVIII wieku w Rzeczypospolitej działało wielu zegarmistrzów. Ich specjalnością były horyzontalne zegary stołowe, zwane kaflowymi (prezentowane w środkowej gablocie). Te zbytkowne przedmioty stały się jednym z symboli kultury materialnej polskiej magnaterii. Były precyzyjne, a zarazem odporne na wstrząsy. Dzięki regulatorowi balansowemu działającemu w każdej pozycji mogły służyć w podróży, w tym do określania długości geograficznej podczas żeglugi. Z tej konstrukcji wywodzą się późniejsze zegary karetowe, kieszonkowe i naręczne, prezentowane w gablotach narożnych.

Nie ma dwóch identycznych zegarów. Każdy stanowi dzieło łączące umiejętności zegarmistrzów, odlewników, grawerów i ślusarzy. Pokazane na wystawie mechanizmy zachwycają precyzją wykonania i maestrią grawerowanych dekoracji. Nakładki i koki osłaniające serce zegara – wychwyt z balansem – zdobiono w XVII wieku ornamentami z liści, kwiatów i owoców poziomek, a później motywami groteski z liśćmi akantu.

Ornament poziomkowy stał się inspiracją dla Katarzyny Krakowiak-Bałki, autorki aranżacji wystawy. Niewielkie pomieszczenie przemieniło się we wnętrze zegara. Po wejściu do niego otoczeni zostajemy miękkimi tkaninami i zwielokrotnionym pięćset razy motywem poziomkowych gałązek. Gablota z kolekcją zegarów i zawieszona nad nią instalacja układają się w klepsydrę, jedno z najstarszych urządzeń do mierzenia czasu. Sześciobok powtarza kształt większości zegarów kaflowych, eksponowanych pod ostrosłupowym kloszem. Instalację ożywia dźwięk – dwanaście krótkich utworów opracowanych na podstawie nagrań zegarów prezentowanych na wystawie. Każdy z jej elementów jest efektem pracy rzemieślników. Tkaniny plisowano w niewielkim francuskim warsztacie, a metalowe części zostały ręcznie wyszlifowane. Każdy przedmiot zachowuje ślad godzin ludzkiej pracy, cierpliwości i doświadczenia swoich twórców. W tym sensie czas staje się tu nie tylko tematem ekspozycji, lecz także jej tworzywem.


Konrad Nawrocki – kustosz kolekcji zegarów

Więcej: zamek-krolewski

oprac.©kuzborska

18 października 2026

Chwalinska Maja – Wuhan Open 2026



Zwycięstwo Mai Chwalińskiej w Wuhan Open 2026


18 października 2026
Finał: Sonay Kartal vs Maja Chwalińska

Maja zajmuje obecnie 11. miejsce na świecie
w rankingu singlistek w tenisie

Maja Chwalińska, po niesamowitej walce, pokonała Sonay Kartal
w finale turnieju WTA 1000 w Wuhan, dzięki czemu zdobyła
swój pierwszy tytuł w karierze, 1000 pkt do rankingu
oraz nagrodę w wysokości 665 tys. dolarów,
blisko 2,6 mln złotych brutto, od tego podatek 20%


17 października 2026
Półfinał: Iga Świątek vs Maja Chwalińska

fot. Maxim Shemetov/Reuters


16 października 2026
Quarter-Final Full Match Highlights
Maria Sakkari vs Maja Chwalińska

Znakomita gra obu tenisistek, Gratulacje.


Maja Chwalińska: Najpierw musi być pasja,
a później trzeba dawać z siebie wszystko

Zespół Mai
Jaroslav Machovský, trener
Petr Hajek, sparringpartner
Piotr Szczypka, menedżer 
Maciej Ryszczuk, trener przyg. fizycznego 
Aleksandra Musiał, menedżerka

Maja Chwalińska 24 czerwca 2026 otrzymała tytuł
Honorowa Obywatelka Miasta Dąbrowa Górnicza 



17 października 2026

Szafert Sylwia – Yorokobi | Tu i teraz



10 października – 15 listopada 2026
Platon Galeria Sztuki, Wrocław, Krupnicza 13


















W świecie, który nieustannie czegoś od nas chce, zatrzymanie się jest aktem odwagi. Luksusem staje się cisza. To jedyny moment, w którym odnajdujemy przestrzeń do oddychania. Bo tylko w spokoju jesteśmy uważni i potrafimy dostrzec magię w najprostszych rzeczach, a tym samym odczuwać zachwyt, przyjemność i satysfakcję. W naszym kręgu kulturowym zdefiniujemy ten stan jako radość, Japończycy zaś sięgną po określenie yorokobi. Radość, ale nie ta głośna i kradnąca uwagę. To ta mała, cicha radość, którą czujemy gdy rano pijemy dobrą kawę, patrzymy na światło ześlizgujące się ze ścian, słuchamy ciszy. Yorokobi rodzi się z uwagi, z prostoty, z harmonii z naturą.

Wystawa Sylwii Szafert w Galerii Platon obejmie dwa kontrastujące, a zarazem dopełniające się cykle malarskie – pierwszy jasny, subtelny i pełen światła, inspirowany ulotną magią japońskiej codzienności, oraz drugi, bardziej surowy i refleksyjny odwołujący się do filozofii budo, dyscypliny i pracy nad sobą. Oba te cykle łączy poszukiwanie ciszy i uważności.

Praca nad tymi obrazami była dla mnie osobistym poszukiwaniem harmonii. Mój japoński świat podzieliłam na dwie części, odmienne w nastroju i sposobie malowania, ale wyrastające z tej samej fascynacji kulturą Japonii. Chciałabym, aby obrazy, które powstały, nie narzucały się, ale zapraszały do zwolnienia biegu, do ciszy, w której usłyszycie szelest jedwabiu, szum pola ryżowego i ważki w deszczu. Byście zatęsknili razem ze mną za powiewem wachlarza, kamieniami z ogrodu zen i ukojeniem w cieniu świątyni –
Sylwia Szafert.








Dzieła Artystki
platon/sylwia-szafert

oprac.©kkuzborska

14 października 2026

Tomalak Stanisław – Wojna totalna | Korozja porządku świata



15-28 października 2026, Centrum Olimpijskie, Galeria -1
Warszawa, Wybrzeże Gdyńskie 4



Prezentowany na wystawie cykl „Wojna totalna”, który artysta kontynuuje od lat, składa się z kilkunastu obrazów-obiektów wykonanych w unikatowej technice, polegającej na zatapianiu plastikowych figurek żołnierzyków oraz różnego rodzaju artefaktów w masie poliuretanowej.

Intencją Tomalaka nie jest rekonstrukcja historycznych bitew ani tworzenie katastroficznych wizji. Jego obrazy-obiekty są wolne od politycznych ocen i emocji, które zazwyczaj towarzyszą wojnom rzeczywistym. „Wojna totalna” stanowi raczej groteskową ilustrację absurdu rozwiązań siłowych. Tomalak „utylizuje” zabawki stworzone „do nauki zabijania”, często wykonane z najgorszej jakości plastiku. Jak stwierdził sam artysta: „pod warstwą akrylowej farby nikomu nie zaszkodzą”.

W jego korozyjnej technice zawiera się swoista metafora przemijania. Artysta zagęszcza materię, unika kolorów lokalnych, a powierzchnię obrazu poddaje mechanicznym zabiegom. Czynności destrukcyjne traktuje jako czynności twórcze, stosując kontrolowaną spontaniczność.


Zwiedzanie wystawy bezpłatne
codziennie w godz. 8-20.

Organizator: artinhouse/Tomalak

oprac.©kkuzborska

11 października 2026

Honggu




http://www.honggu.co.kr/


오브제 씨앗 | Obiekt inicjujący





Więcej: honggu.co.kr