11 czerwca 2026

Roman Wilhelmi (1936-1991)


Nie kocham teatru ani filmu, kocham siebie w nich 
 90 lat temu urodził się Roman Wilhelmi

6 czerwca 1936 urodził się Roman Wilhelmi, który już
w szkole teatralnej powtarzał: Kocham siebie w tym zawodzie.
Nie kocham teatru ani filmu. Lubię to. Urodziłem się po to,
by grać duże rzeczy. Dlatego chcę być aktorem.
Trzeba mieć na to siłę i ja ją mam.

Aktor Roman Wilhelmi w filmie "Wiano" w reżyserii Jana Łomnickiego
czerwiec 1963. Fot. PAP/CAF- Cezary Langda


„Wiele lat musiałem pracować na to, żeby grać tylko to, co jest dla mnie istotne, żeby przedstawienie było dla mnie, i dla tych, którzy przychodzą je oglądać, święte” – powiedział aktor, cytowany w książce Marcina Rychcika „Roman Wilhelmi. Biografia” (Axis Mundi, 2015). „Dyrektorzy i reżyserzy uważają, że jeśli raz obsadzą mnie w dobrej roli, to ja im potem powinienem z grzeczności »pyknąć coś małego«. Dobra, mówię, ale napisz mi na plecach, że ja to robię wyłącznie z przyjaźni do ciebie. Połowa się obraża” – opowiadał.

Do tych, co się nie obrażali, należał Stanisław Jędryka. „Mimo że w teatrze grał wielkie role, nie zapominał o filmach dla młodzieży. Nie brało się to tylko z jego stosunku do mnie, ale przede wszystkim z jego charakteru” – opowiadał Marcinowi Rychcikowi. „Ujął mnie tym, że chętnie wspominał o naszej współpracy w wywiadach” – podkreślił reżyser „Do przerwy 0:1”, „Wakacji z duchami” i „Stawiam na Tolka Banana”. „Nie miał w sobie nic z gwiazdorstwa. To był mądry człowiek, który miał naprawdę dużo do powiedzenia na temat warsztatu aktorskiego, życia w ogóle” – podsumował. 

Wiele lat musiałem pracować na to, żeby grać tylko to,
co jest dla mnie istotne, żeby przedstawienie było dla mnie,
i dla tych, którzy przychodzą je oglądać, święte.

Roman Wilhelmi urodził się 6 czerwca 1936 w Poznaniu,
w mieszczańskiej, katolickiej rodzinie bez żadnych tradycji aktorskich
– jako najstarszy z trzech synów Zdzisława i Stefanii.

„O mały włos a urodziłabym go w teatrze. Potem mówili: a dziwisz się, że masz aktora” – wspominała Stefania Wilhelmi w filmie dokumentalnym „Nie pasuje do Ciebie ta śmierć” (TVP Poznań, 1994). „Gdy zostawał sam, rozrabiał. Nie potrafiłam go ukarać. Patrzył mi głęboko w oczy i z miną skruszonego rozrabiaki, mówił: Mama, ja już nigdy tego nie zrobię” – opowiadała.

Po kolejnych awanturach rodzice oddali go do szkoły salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim. Tam, zamiast nauczyć się dyscypliny, po raz pierwszy poczuł magię sceny. „Zetknąłem się ze szkolnym zespołem artystycznym. W jednej z kapliczek w kościele zrobiono scenę. Ksiądz Siuda, który wspaniale śpiewał, a za palenie papierosów golił nam głowy na glanc, potrzebował małego, lekkiego, łysego Chrystusika. Wsadzili mnie do kosza, nic nie kłamię, i przenieśli mnie z jednej kulisy w drugą. Ja pamiętam do tej pory szmer tamtej publiczności” – wspominał po latach Wilhelmi. „Od chwili, kiedy usłyszałem ten szmer, wiedziałem już, kim chcę być” – wyjaśnił.

W 1954 zdał do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Aleksander Zelwerowicz miał powiedzieć o nim, że „to największy talent aktorski, jaki objawił się po wojnie”. Jeden członek komisji egzaminacyjnej miał obiekcje do wzrostu Wilhelmiego – prawdziwy aktor powinien mieć metr dziewięćdziesiąt, a nie 165 cm – był to Adam Hanuszkiewicz.

Po studiach ukończonych w 1958 Wilhelmi zaangażował się do warszawskiego Teatru Ateneum, w którym pracował do 1986 roku. Potem – aż do śmierci – związał się z Teatrem Nowym w Warszawie, którym od 1990 kierował Adam Hanuszkiewicz.

Początki w Ateneum były trudne. „Przez siedem lat nie miałem na co zaprosić matki i ojca do teatru” – wspominał Wilhelmi. Aleksander Bardini przydzielał mu kolejne epizody, długo więc musiał czekać na entuzjastyczne recenzje krytyków teatralnych. Zanim te jednak przyszły, zyskał popularność dzięki serialowi telewizyjnemu” – napisała Agnieszka Niemojewska w artykule „Roman Wilhelmi. Utracjusz i perfekcjonista” („Rzeczpospolita”, 2020).

Kultowe postaci, decydujące o masowej popularności tych seriali, stworzył w „Czterech pancernych i psie”, „Karierze Nikodema Dyzmy” i „Alternatywy 4”.

„Z dzieciństwa zapamiętałem kolegów, którzy nie wierzyli, że mam ojca – Olgierda z »Pancernych«. Wprost z piaskownicy zaprosiłem całą czeredę do domu, wskazałem palcem na tatę siedzącego za stołem i powiedziałem: to on!” – opowiadał Rychcikowi Rafał Wilhelmi. Jego ojciec z kolei wspominał w wywiadach, że o ile Dyzmę trzeba było grać, to w „Czterech pancernych” wystarczyło być.

Choć aktor wystąpił tylko w sześciu pierwszych – z 23 ogółem – odcinkach serialu, dotknęło go również – podobnie jak Janusza Gajosa, który na planie „Pancernych” spędził 6 lat – „zaszufladkowanie”, objawiające się brakiem kolejnych propozycji.

„Na kolaudacji »Do przerwy 0:1« podniosły się głosy sprzeciwu, że nie wolno aktora, którego publiczność kojarzyła i akceptowała jako bohatera pozytywnego i patriotę z »Pancernych«, obsadzać w roli rzezimieszka, typka spod ciemnej gwiazdy” – wspominał reżyser Stanisław Jędryka, cytowany przez Rychcika. Wilhelmi w jego serialu – i w filmie „Paragon, gola!” – zagrał Romka Wawrzusiaka, przestępcę i głównego prześladowcę młodego piłkarza.

Przewidując takie konsekwencje, Wilhelmi odmówił udziału w „wskrzeszeniu” Olgierda Jarosza w postaci jego brata bliźniaka – bo również na taki pomysł wpadli twórcy „Czterech pancernych”, szukając możliwości powrotu aktora do coraz bardziej rozwijającego się serialu.

Odmówił również Janowi Rybkowskiemu, który zaproponował mu rolę Dyzmy. Ostatecznie przyjął ją, podpuszczony przez przyjaciela, Macieja Domańskiego, reżysera spektaklu „Wyspa” Athola Fugarda, brawurowo zagranego w warszawskim Ateneum (1979) przez duet Wilhelmi | Henryk Talar. 

Przez siedem lat nie miałem na co zaprosić
matki i ojca do teatru.

Kiedy Wilhelmi oznajmił Domańskiemu, że po raz drugi odmówił Rybkowskiemu, ten odpowiedział, że postąpił słusznie, „ponieważ producenci filmu znaleźli już właściwego Dyzmę”. „Błysnęło mu oko i z niecierpliwością zapytał: kto? Pomyśl tylko – jeśli nie ty, to jest tylko jeden aktor, który zrobi to dobrze – Jerzy Stuhr. Blefowałem oczywiście. Godzinę później Roman przyjął rolę, która zapewniła mu nieśmiertelność” – opowiadał Domański Marcinowi Rychcikowi.

„Dyzma to wspaniała postać” – mówił później Wilhelmi w jednym z wywiadów. „Ja naprawdę gram swoje marzenie. Bo chciałbym być Dyzmą, ale wiem, że nigdy nim nie będę. Dlatego tę rolę ludzie najlepiej rozumieją. Mam specyficzne poczucie humoru, przefiltrowane przez nie postacie negatywne nie są już aż tak jednoznaczne” – wyjaśnił.

„Jeśli uznać, że powieść Jerzego Kosińskiego »Wystarczy być« jest plagiatem powieści Dołęgi-Mostowicza, To Peter Sellers był kukiełką tylko przy kreacji polskiego aktora. Wilhelmi zdeprecjonował jego rolę” – ocenił Marcin Rychcik.

W serialu komediowym „Alternatywy 4” (1983) w reżyserii Stanisława Barei, wykreował blokowego dozorcę – „gospodarza domu” – co znów przyniosło mu uznanie publiczności, choć krytycy byli oszczędniejsi w pochwałach. „Przegraną najbardziej spektakularną, bo telewizyjną, był dozorca Anioł” – ocenił Krzysztof Demidowicz w tekście „Mężczyzna pod presją” („Film”, 1997). „Można odnieść wrażenie, że Wilhelmi sam siebie reżyserował, nie bardzo wiedząc, jak znaleźć klucz do śmieszno-groźnej postaci swojskiego zamordysty” – wyjaśnił.

„Korzystając z bogatego doświadczenia zawodowego, abstrakcyjnego poczucia humoru i autoironii, stworzył pyszną postać, esencję władzy ludowej” – nie zgodził się z taką oceną Rychcik w swej książce. Nim jednak dotarł do Dyzmy i Anioła, Olgierd Jarosz „uziemił” Wilhelmiego dla filmu na prawie 10 lat – pierwsze znaczące role to bandyta Antoni Pochroń w „Dziejach grzechu” Waleriana Borowczyka i kelner Robert Fornalski w „Zaklętych rewirach” Janusza Majewskiego. Oba filmy weszły na ekrany w 1975. W ocenie krytyków Pochroń Wilhelmiego był zdecydowanie bardziej barwną i głębszą postacią – budzącą nie tylko grozę i obrzydzenie, ale również śmiech – od literackiego pierwowzoru z powieści Stefana Żeromskiego.

Kreację Fornalskiego docenił sam autor „Zaklętych rewirów” Henryk Worcell, który – zastrzegając, że „rzeczywisty Fornalski wyglądał zupełnie inaczej” – stwierdził, że całkowicie akceptuje „tego, którego pokazuje Wilhelmi”. „Nie odtwarza Fornalskiego, on tworzy swojego, na którego nie sposób się nie zgodzić” – ocenił pisarz po obejrzeniu filmu.

Kreacja Wilhelmiego na wiele lat ostudziła zapał reżyserów do kolejnych adaptacji powieści Worcella. Odważył się na to dopiero w 2011. Adam Sajnuk, realizując spektakl w Teatrze Konsekwentnym – Fornalskiego zagrał Mariusz Drężek. „Wziąć rolę po Wilhelmim i podołać, to już jest coś. Jego kelner Fornalski z »Zaklętych rewirów« jest zbudowany na chamstwie podszytym histerią i wewnętrznym strachem, to brutal i sadysta świadomy, że gdy przestanie rządzić – zginie. Bardzo subtelnie pokazane jest tu swoiste napędzanie się do skurwysyństwa, plus mgnieniowe iskry lęku w oczach, natychmiast gaszone, i jeszcze niejasna i ciekawa miękkość pod twardoskórą powłoką… Świetna rola w dobrym, skromnym widowisku Adama Sajnuka” – ocenił Jacek Sieradzki w „Subiektywnym spisie aktorów teatralnych (sezon 2011/2012)”.

Był niepowtarzalny jako Nikodem Dyzma czy Stanisław Anioł,
ja chcę go jednak pamiętać z wybitnej roli Jerzego Fryderyka Haendla
w »Kolacji na cztery ręce«.

„Wielka szkoda, że nie było żadnej możliwości wypromowania filmu w Europie, gdyż dzięki tak opracowanej drugoplanowej roli aktor miałby szansę zaistnieć na arenie międzynarodowej. Oscar – to było jego wielkie marzenie” – podsumował Rychcik rolę Wilhelmiego w „Zaklętych rewirach” Majewskiego.

„To był też czas rosnącej fascynacji aktora stylem gry według recepty słynnego Actor's Studio w Nowym Jorku: nie grał, lecz żył rolą. Wzorował się na aktorstwie Marlona Brando, zwłaszcza na teatralnej scenie” – przypomniała Agnieszka Niemojewska.

Pierwszą ważną rolą teatralną Wilhelmiego był Stanley w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennessee Williamsa w reżyserii Aleksandra Bardiniego w stołecznym Ateneum (1959). W tym teatrze, z którym związał się zaraz po studiach w warszawskim PWST, później zagrał wiele ról drugoplanowych i epizodycznych, ale również większych, m.in. Lowkę Krzyka w „Zmierzchu” Izaaka Babla w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego (1967) i Willego w „Niemcach” Leona Kruczkowskiego w reżyserii Janusza Warmińskiego (1967). „Peer Gynt” Henryka Ibsena wyreżyserowany przez Macieja Prusa (1970), z Wilhelmim w roli tytułowej, został bardzo dobrze przyjęty w Norwegii, ojczyźnie dramaturga.

W Ateneum aktor z powodzeniem współpracował właśnie z Maciejem Prusem, czego efektem były kreacje w dramatach Stanisława Ignacego Witkiewicza – Prokuratora Scurvy'ego w „Szewcach” (1971) i Józefa Rypmanna w „Gyubalu Wahazarze” (1973); role Pozza w „Czekając na Godota” Samuela Becketta (1971) oraz Markiza Posa w „Don Carlosie” Fryderyka Schillera (1972) i Mefistofelesa w „Tragicznych dziejach doktora Fausta” Christophera Marlowe'a (1975).

„Stworzył Szatana wręcz nowatorskiego na tle istniejących w tradycji scenicznej możliwych wariantów. Jest to Szatan nie tylko smutny i pełen refleksji, ale przede wszystkim szczerze kochający Fausta” – napisał o tej ostatniej kreacji prof. Grzegorz Sinko („Kultura”, 1975).

O roli Petera w „Kuchni” Arnolda Weskera w reżyserii Janusza Warmińskiego (1972) Andrzej Hausbrandt napisał w „Ekspresie Wieczornym”, że Wilhelmi
„w jednej postaci zdołał połączyć poetyckość i trywializm, marzycielstwo
i prymitywizm, brutalną siłę i słabość pełną bezradności”.

W 1977 zastąpił Wojciecha Pszoniaka grającego McMurphy'ego w „Locie nad kukułczym gniazdem” Dale'a Wassermana, wyreżyserowanym przez Zygmunta Hübnera w stołecznym Teatrze Powszechnym.

„Wilhelmi był wprost sensacyjny. Nie grał awanturnika, dziwkarza i szulera, na przekór wszystkiemu walczącego
o ochronę osobowości i godności ludzkiej.
On nim był!” – ocenił Marcin Rychcik.

Warto zauważyć, że w tej roli zmierzył się nie tylko z Pszoniakiem, ale również z Jackiem Nicholsonem – film Milosa Formana miał swą polską premierę półtora roku wcześniej.

W latach 80. XX w. wykreował w Ateneum dwie duże role – Mackie'go Majchra w „Operze za trzy grosze” Bertolta Brechta w reżyserii Ryszarda Peryta (1980) i Dantona w „Śmierci Dantona” Georga Büchnera – spektaklu wyreżyserowanego przez Kazimierza Kutza (1982).

„Jego Danton jest postacią bardzo bogatą, prawdziwą i zastanawiającą. Aktor z dużym mistrzostwem potrafi podzielić życie swojego bohatera w płaszczyźnie wielkiego polityka i trybuna ludowego, przywódcy ugrupowania, któremu przewodzi, wreszcie męża i kochanka. Już od początku jednak widać, iż nad postacią tą zawisło pewne fatum, które zaprowadzi go na gilotynę. Dlatego tak prowadzi rolę, by zbytnio widza końcowym efektem nie zaskoczyć” – czytamy na stronie Encyklopedii Teatru Polskiego.

Roman Wilhelmi zmarł 3 listopada 1991 roku,
jest pochowany na warszawskim Cmentarzu Wilanowskim. Przeżył tylko 55 lat, a wykreował blisko 170 ról w teatrze, kinie i telewizji 1991 w każdą angażował się bez reszty. „Wiedział, że i tak będzie lepszy, gdy postać zaleje swoją lawą, wypełni swoim temperamentem, swoją radością grania. Był zjawiskiem wyjątkowym” 1991 wspominał Kazimierz Kutz. „Na zawsze pozostał łatwowierny, naiwny i próżny – jak dziecko. Nawet gdy mocował się ze sobą, ulegał słabościom, »szedł w Polskę« – było to zawsze bezbronne i dziecinne. Diabeł i anioł w nim mieszkali” – powiedziała Rychcikowi Barbara Wrzesińska.

„Był niepowtarzalny jako Nikodem Dyzma czy Stanisław Anioł, chcę go jednak pamiętać z wybitnej roli Jerzego Fryderyka Haendla w »Kolacji na cztery ręce«” – napisała Agnieszka Niemojewska.

W tym spektaklu, który miał premierę w Teatrze Telewizji 31 grudnia 1990, Wilhelmi wystąpił w Januszem Gajosem – jako Janem Sebastianem Bachem – i Jerzym Trelą, który grał Jana Krzysztofa Schmidta.

„Obserwowałem walkę dwóch gigantów historycznych i dwóch gigantów współczesnych” – opowiadał Rychcikowi Jerzy Trela. „Tę dysputę prowadzili w sposób bardzo nasycony, krwisty i precyzyjny. Istnieje wiele definicji dotyczących prawdy w teatrze i w filmie. Czymkolwiek jest owa prawda, Wilhelmi ocierał się o nią, więcej, dotykał jej. Na ambicję wynikającą z postaci Haendla, który za wszelką cenę chciał dominować nad Bachem, nakładała się mordercza praca Wilhelmiego” – wyjaśniał. „Nieustannie żonglował sobą. Przy poważnym stosunku do tego, co robi, miał instynktowne poczucie humoru na swój własny temat. Nakładał na postać dyskretny żart z samego siebie. To rzadkie, ponieważ zawsze chcemy ukryć swe przywary pod maską postaci. On się tego nie bał” – podkreślił Trela.

Paweł Tomczyk (PAP)

Źródło: dzieje.pl

10 czerwca 2026

Olena Matoshniuk i Adam Nowaczyk – Obecności


Wernisaż | Performance
11 czerwca 2026, godz. 18.

11 
czerwca  13 września 2026
Galeria Engram | Galeria Pojedyncza
Katowice Miasto Ogrodów
pl. Sejmu Śląskiego 2, Katowice

Wystawa Obecności
Oleny Matoshniuk i Adama Nowaczyka
stanowi rozszerzenie ich praktyk malarskich w kierunku działania,
które ją współtworzy w czasie rzeczywistym.
Artyści, operujący na co dzień obrazem, rezygnują z jego stabilności
na rzecz sytuacyjności i efemeryczności,
otwierając pole eksperymentu – jednocześnie osobistego i artystycznego.

W jego obręb zostaje włączony także widz,
zaproszony do współuczestnictwa w procesie,
w którym napięcie między widzialnym a odczuwalnym
nie jest jedynie przedmiotem obserwacji,
lecz doświadczeniem współdzielonym.


Punktem wyjścia jest kategoria obecności rozumianej nie jako stan oczywisty, lecz jako proces podlegający ciągłym przesunięciom, zanikom i intensyfikacjom. W tym sensie performans wpisuje się w charakterystyczne dla Oleny Matoshniuk zainteresowanie mechanizmami percepcji w warunkach napięcia i zagrożenia, gdzie doświadczenie „tu i teraz” ulega fragmentaryzacji i nakłada się na inne porządki czasowe. 

Jej wcześniejsze realizacje pokazywały, w jaki sposób codzienność zostaje przechwycona przez rytuały, komunikaty i powtarzalne gesty, wynikające z życia w stanie ciągłego oczekiwania na lepsze. Performanse artystki często opierają się na dosadnym milczeniu fragmentaryzowanym powstrzymaną ekspresją, w której cielesne reakcje odbijają się echem w ciężkich, niewygodnych dla ucha, często powtarzalnych, dźwiękach, intensyfikujących doświadczenie napięcia i obecności. W Obecnościach te same mechanizmy zostają przeniesione w obszar minimalnych działań i cielesnej współobecności.

Z kolei praktyka Adama Nowaczyka, zakorzeniona w refleksji nad statusem obrazu, jego materialnością i relacją z przestrzenią, znajduje tu swoją kontynuację poprzez dematerializację medium. Obraz nie znika, lecz ulega przemieszczeniu, stając się układem relacji: ciał, gestów, rytmów i napięć. To, co wcześniej funkcjonowało jako powierzchnia malarska, zostaje rozciągnięte na przestrzeń i czas, tworząc sytuację percepcyjną o zmiennej intensywności.

Choć praktyki Oleny Matoshniuk i Adama Nowaczyka wykazują formalne zbieżności, wyrastają z odmiennych obszarów doświadczeń i wrażliwości. Ich performatywne zderzenie, czy też napięcie między perspektywami staje się tu najistotniejszą wartością, otwierając przestrzeń dla nowych znaczeń.

Istotnym elementem projektu jest niemal hermetyczna przestrzeń galerii, zawieszona między tradycyjną funkcją a nieokreślonością. Jej ciemność i formalna niejednoznaczność nie stanowią jedynie tła, lecz aktywnie modelują doświadczenie, uruchamiając skojarzenia z miejscami przejścia, izolacji lub zagrożenia. W tym kontekście przestrzeń sama zaczyna funkcjonować jako uczestnik działania, jako coś, co nie tyle mieści obecność, ile ją generuje i warunkuje.

Koncepcja działania ujawnia się w swoistej redukcji: prostych gestach, pauzach, powtórzeniach, kontrolowanym oczekiwaniu. To właśnie oczekiwanie staje się jednym z kluczowych narzędzi w pracy artystów, jak i w doświadczeniu widza. W tej temporalnej szczelinie ujawniają się napięcia między tym, co jest, a tym, co dopiero może się wydarzyć. Obecności nie proponują zamkniętej narracji ani jednoznacznej interpretacji. Zamiast tego konstruują warunki, w których możliwe staje się doświadczenie obecności jako czegoś niestabilnego, podatnego na zakłócenia i negocjowanego w relacji z innymi.

W efekcie, powstaje sytuacja testowa zarówno dla artystów, jak i odbiorców, w której podstawowym materiałem okazuje się nie obraz, lecz chwilowa, krucha, ale intensywna relacja. To właśnie w niej ujawnia się możliwość innego sposobu bycia razem, czyli poza reprezentacją i w bezpośrednim doświadczeniu publicznej współobecności.

Olena Matoshniuk – absolwentka Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu, studiów podyplomowych na Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu, Łuckiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego na specjalności design oraz indywidualnego programu nauczania w pracowni malarskiej Viry Konskiej. Laureatka Stypendium Prezydenta Ukrainy dla młodych artystów, stypendium Gaude Polonia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP oraz trzykrotnie Stypendium Prezydenta Wrocławia. Zdobywczyni I miejsca na 13. Triennale Małej Formy Malarskiej w Toruniu oraz II miejsca na 7. Ukrainian Competition in Contemporary Visual Art for Young Artists. Zwyciężczyni i dwukrotna finalistka konkursu Studencki Nobel w kategorii sztuka. Nominowana do Nagrody Roku ZPAP Wrocław oraz konkursu Artnoble. Autorka wystaw indywidualnych i uczestniczka licznych pokazów zbiorowych w kraju i za granicą oraz rezydencji artystycznych, warsztatów i plenerów. Zajmuje się malarstwem, performance i działaniami intermedialnymi. Członkini Związku Polskich Artystów Plastyków. Jej prace znajdują się w zbiorach Korsaks’ Museum of Contemporary Ukrainian Art, Krupa Art Foundation, Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej oraz prywatnych. 

Adam Nowaczyk (1976) – urodzony w Koninie. W latach 1997-2002 studiował na Wydziale Malarstwa Grafiki i Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Dyplom z malarstwa w pracowni prof. Jacka Waltosia. Od 2003 roku asystent, a od 2013 roku kierownik III Pracowni Rysunku. Profesor Uniwersytetu Artystycznego im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu. Zajmuje się rysunkiem, malarstwem, obiektem, działaniami dźwiękowymi i dźwiękowo-rysunkowymi. Jest też autorem kilku performansów. Współorganizator ogólnopolskiego projektu Teraz Rysunek. Współtworzył inicjatywę Laboratorium bez adresu, w ramach której współorganizował oraz kuratorował kilka wystaw i projektów artystycznych. Jest członkiem Rady Artystycznej Galerii Arteriern w Bełchatowie. Współpracuje z wydawnictwem muzycznym Antenna Non Grata i Wydawnictwem Akademii Muzycznej im. J. Paderewskiego w Poznaniu. Współpracował z wydawnictwem muzycznym Multikulti Project. Współtworzył Grupę Twórczą My, a od roku 2015 wraz z Marcinem Olejniczakiem kontynuuje działania dźwiękowe i dźwiękowo-rysunkowe. Brał udział w ponad 70 wystawach zbiorowych i indywidualnych. Zajmuje się również wykonawstwem muzyki chóralnej – Chór kameralny Musica Viva.
Z wyrazami szacunku
dr szt., mgr inż. arch. Michał Pietrzak
Prezes Okręgu Dolnośląskiego
Związku Polskich Artystów Fotografików


oprac.©kuzborska

01 czerwca 2026

Sztuka Wicekrólestwa Peru












v




Przedstawienia świętych, liczne sceny religijne, ale także malarstwo świeckie i przedmioty codziennego użytku to dzieła, którym ich twórcy nadali szczególny wyraz, bardzo odmienny od przybyłych wraz z konkwistą wzorców europejskich, inspirowanych przede wszystkim sztuką manierystów włoskich.
W ramach obchodów 95-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a Peru odbyła się wystawa kolekcji w 2018 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie oraz w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.
Wicekrólestwo Peru nazywane też Wicekrólestwem Kastylii to kolonia hiszpańska założona w 1544 roku. Początkowo obejmowała wszystkie hiszpańskie zdobycze w Ameryce Południowej, z wyjątkiem wybrzeży dzisiejszej Wenezueli. Wyzysk Indian doprowadził w 1780 roku do wybuchu powstania. W 1821 gen. José de San Martin zajął Limę i ogłosił niepodległość Peru. Kolekcja jest efektem pięćdziesięcioletnich starań, ofiarności i pasji, a wchodzące w jej skład eksponaty pokazano w ponad stu wystawach na całym świecie.

81 dzieł – należących do dziedzictwa kulturowego Peru
© Colección Barbosa-Stern

film prezentujący dzieła
https://youtu.be/21x4ZKlvp6U


oprac.©kuzborska

23 maja 2026

Constantin Brâncuși (1876-1957) – Rzeźba



Constantin Brâncuși, Pocałunek, 1907
Muzeul de Arta Craiova, Krajowa


Constantin Brâncuși życie i twórczość

Pisanie o artyście, jakim był Constantin Brâncuși, wymaga spowolnienia myśli, aby uchwycić wyjątkowość tej postaci i jego perspektywy myślenia o przenikającym go świecie. Kiedy zabrzmią nam w uszach takie nazwiska jak: Cioran, Eliade, Noica, Stăniloae, to pierwsze i pewnie właściwe skojarzenie prowadzi nas do kultury rumuńskiej; ekstraklasy intelektualnych osobowości XX wieku. W tej panoramie twarzy i myśli postać Brâncușiego – tradycjonalisty i eksperymentatora – nabiera swoistego kolorytu i wydaje się nieoceniona dla współczesnej rzeźby. Artysta, którego przenika bogactwo światów i horyzontów, za którymi skrywał się powściągliwy w słowach Rumun, przyszedł na świat w miejscowości Hobita, około dwudziestu kilometrów na zachód od Târgu Jiu, jako drugie z czworga dzieci Marii Deaconescu i Radu Niculae Brâncuşiego. Rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Pestisani, a później w Brădiceni. Podjął studia artystyczne w Școala de Arte și Meserii (1894-1898), a następnie kontynuował edukację w Școala Națională de Arte Frumoase w Bukareszcie (1898-1901).


Amadeo Modigliani, Portret Constantina Brâncuşiego
1909, Abelló Collection, Madrid

Był człowiekiem, który zrewolucjonizował nowoczesną sztukę. Wydaje się to niewiarygodne! A mianowicie, że Brâncuşi był wieśniakiem, któremu udało się zapomnieć to, czego nauczył się w szkole, i w ten sposób odnaleźć duchowy świat neolitu – tak jego wyjątkowa twórczość znajduje swoje wytłumaczenie. Najważniejsze jest to co w sposób niezwykle głęboki naznaczyło duszę młodego człowieka, udającego się w żmudną drogę ku przygodzie, jaką jest sztuka. Rzeźbiarz zachowa przez całe życie w pamięci atmosferę rodzinnego domu. Ojciec był surowy i małomówny, matka szczupła i wątła. Czuł się głęboko przywiązany do swojej wioski. Rodzinny dom, świętość ziemi przodków, zapach drzew owocowych i taniec pagórków smaganych wiatrem, strzępy cytatów z Platona, ikony wytarte od pocałunków, zapachy i odczucie piękna, jakie wyniósł z prawosławnej wiary, pozwolą mu widzieć świat inaczej, dając asumpt metafizyce kamienia, połyskowości brązu i dziecięcej tęsknocie za wiecznością. Człowiek wykarmiony mądrością Biblii, sentencjami mnichów i filozofią helleńską potrafił poprzez materię świata odkryć drogę osobistego powołania. Przeistaczał świat w formę, która zaklinała w kamieniu nieskończoność.
Pomimo że pozostawił za sobą swoją ojczyznę, przeniósł jej piękno krajobrazów do swej artystycznej niszy, zatrzymanej na fotografiach. Jego rumuńskie źródła można odkrywać na każdym kroku – przypatrując się skrytemu i małomównemu życiu rzeźbiarza – po jego powszechnie rozpoznawalne dzieła, powracające do czegoś naprawdę ludycznego, odzwierciedlającego filokaliczny i dialogiczny sens świata. Życie Constantina w Paryżu było naznaczone osobistymi wyrzeczeniami i anamnezą pamięci, w której osoby i rzeczy stanowiły przechowywaną skrzętnie w duszy rumuńską tożsamość.
Był jednym z wielu emigrantów z Europy Wschodniej, zauroczonych „stolicą sztuki” i rezydujących na Montparnassie. W Paryżu żył w nędzy, imając się rozmaitych zajęć – był pomywaczem w restauracji, kościelnym i śpiewakiem w rumuńskiej cerkwi. W roku 1905 otrzymał upragnione stypendium i zaczął studia w École des Beaux-Arts w pracowni Jeana Antonina Mercie’go. Wkrótce też nawiązał kontakty ze środowiskiem literackiej i artystycznej awangardy. Do poszerzającego się stale kręgu jego przyjaciół należeli, między innymi, Modigliani, Picasso, Juan Gris, Marcel Duchamp, Apollinaire, Ezra Pound, James Joyce, Eric Satie. Począwszy od roku 1906, zaczął wystawiać swoje prace w paryskich salonach.

Z czasem ubogi rzeźbiarz stał się rozpoznawalną twarzą paryskiej społeczności artystycznej, co potwierdzają profetyczne słowa Alexandru Bogdana-Pitesti, założyciela Salonu Artystów Niezależnych: „Brâncuşi będzie jednym z największych artystów na świecie”. W Paryżu pochłaniała go praca, okraszona lekturą tekstów Platona, o których czytanie prosił zjawiających się gości. Twórczość podobna jest do platońskiego Erosa, ma swe źródło nie tylko w bogactwie i nadmiarze, ale także w biedzie i niedostatku. W rzeźbach skromnego i pełnego ogłady Rumuna nie ma prostego powtarzania natury, jest za to poszukiwanie magicznego świata materii przeobrażonej. Intryguje go platońska koncepcja bytu, według której zręczny rzemieślnik podejmuje akt „(…) uwolnienia się od powierzchni rzeczy i do przeniknięcia w głąb materii, aby obnażyć jej fundamentalne struktury”. Artysta z rezerwuaru otaczających go elementów świata odsłonił konglomerat dziewiczych form, które następnie zajaśnieją siłą nowego życia. Tworzywo dąży do formy, którą samo umożliwia. Wystarczy przyłożyć ucho do kamienia i można usłyszeć szept ukrytych źródeł, przekraczających chłód namacalności śmierci.
Artysta przedstawia to, co jest zmysłowe, i stwarza na nowo pod nowym aspektem, rozszyfrowuje jego logos, odczytuje jego imię. Jego prace błyskawicznie zwróciły uwagę innego rzeźbiarza – Auguste’a Rodina. Pomimo licznych zaproszeń do pracowni francuskiego mistrza, Brâncuşi dalekowzrocznie i uprzejmie odmówił, ponieważ uważał, iż „(…) pod wielkimi drzewami nic nie rośnie”. Twórczość rzeźbiarza przechodząca zawiłą drogę od akademizmu, przez naturalizm, do abstrakcjonizmu nie zatrzymała się w jednym porcie poszukiwań, lecz dążyła do pewnego rodzaju syntezy rzeczywistości, znajdując swoje najgłębsze inspiracje w sztuce prymitywnej, magicznej, egzotycznej, archaicznej, ale także w ortodoksyjnym malarstwie ikonowym. Wytyczając szlak łączący cywilizację współczesną z najstarszymi tradycjami, Brâncuşi nie czuł się zagrożony normatywizmem, który cechował prace współczesnych mu artystów trwających przy konwencji figury w wydaniu klasycznym czy post-rodinowskim. Stworzył kamienne bloki pozbawione grawitacji i ciężaru, szepczące witalny hymn nowego bytu.

Brâncuși, Początek świata, 1924

Był rumuńskim rzeźbiarzem, malarzem i fotografem, który zamieszkał we Francji. Geniusz Brâncuşiego polegał na tym, że wiedział, gdzie szukać prawdziwego „źródła” form, które chciał i potrafił stworzyć – pisał Mircea Eliade. – Zamiast reprodukować formy rumuńskie czy afrykańskie, Brâncuşi zajął się „interioryzacją” swojego doświadczenia życiowego. W ten sposób udało mu się odnaleźć sposób „istnienia w świecie” człowieka archaicznego – wszystko jedno, czy był to myśliwy wczesnego paleolitu czy neolityczny rolnik śródziemnomorski, karpacko-dunajski bądź afrykański (…) W pewnym sensie odnalazł on ten sposób „obecności w świecie,” który pozwalał tym nieznanym artystom stworzyć ich własny świat plastyczny, istniejący w przestrzeni niemającej nic wspólnego, na przykład, z przestrzenią klasycznej sztuki greckiej.






19 maja 2026

Kino arthouse | kino autorskie



Sofia Coppola, Na pokuszenie

Kino arthouse to przestrzeń, w której każdy kadr ma znaczenie, a emocje mówią więcej niż słowa. To właśnie tu powstają filmy, które wymykają się prostym definicjom – poruszają, prowokują i zostają w pamięci na długo po seansie. Niektóre z nich zdobywają uznanie krytyków i festiwalowe nagrody, inne pozostają ukrytymi perełkami, odkrywanymi przez widzów dopiero po latach. W naszym zestawieniu znajdziesz dziewięć tytułów, które najlepiej oddają ducha kina artystycznego.

Jest kinem autorskim, to przeciwieństwo hollywoodzkiej masowej rozrywki. To nurt, w którym liczy się indywidualna wizja reżysera, a nie komercyjny sukces. Twórcy arthouse’u często łamią schematy narracyjne, bawią się formą i językiem obrazu, eksperymentują z dźwiękiem, rytmem czy montażem. Zamiast efektownych pościgów i przewidywalnych dialogów, widz otrzymuje przestrzeń do interpretacji – film nie podaje wszystkiego na tacy, lecz zachęca do zadawania pytań. Dla jednych to kino trudne i wymagające, dla innych – najbardziej szczere, autentyczne i emocjonalne. To w tym gatunku powstają dzieła, które nie boją się poruszać tematów tabu, konfrontować widza z jego własnymi lękami i stawiać pytania o sens istnienia.

Filmy arthouse’owe często balansują między realizmem a poetyką snu. Nie brakuje w nich symboliki, metafor i otwartych zakończeń. To kino, które bardziej się czuje, niż rozumie – nie opowiada wprost, lecz sugeruje i zaprasza do refleksji. Właśnie dlatego pozostaje tak fascynujące – wymaga uważności, ale odwdzięcza się emocjami, które zostają na długo po seansie. Ingmar Bergman, Andriej Tarkowski, Wong Kar-wai czy Lars von Trier to tylko kilka przykładów twórców, którzy pokazali, że film może być sztuką w najczystszej postaci.

Arthouse proponuje coś zupełnie innego niż główny, hollywoodzki nurt: spokój, skupienie, prawdę, refleksję, otwartość. Oglądając tego typu filmy, uczymy się innego rytmu odbioru: zamiast natychmiastowej satysfakcji, dostajemy powolne zanurzenie w świecie bohaterów. Kamera często obserwuje zwykłe gesty i codzienne sytuacje, które w swojej prostocie nabierają niezwykłej mocy. Arthouse pokazuje, że kino może być formą medytacji – podróżą w głąb emocji i doświadczeń, które w komercyjnych produkcjach giną pod natłokiem efektów specjalnych. Dla wielu widzów to sposób, by odetchnąć od zgiełku i na chwilę zatrzymać się w świecie, który wymaga uważności.

Arthouse’owe filmy nie tylko bawią, ale też rozwijają wrażliwość. Skłaniają do refleksji, uczą empatii i pozwalają spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy. To kino nie boi się trudnych tematów – od samotności i wykluczenia po miłość, śmierć czy sens sztuki. Każdy seans staje się dialogiem między twórcą a widzem, a jego znaczenie często dojrzewa dopiero po czasie. Dlatego wielu miłośników arthouse’u mówi, że to kino, które nie kończy się wraz z napisami. Przeciwnie – dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa.

Kino arthouse to przestrzeń dla twórców, którzy stawiają na emocje i symbolikę, nie na efekty specjalne. Filmy artystyczne uczą wrażliwości i refleksji, oferując głębsze doświadczenia niż kino komercyjne. Najlepsi reżyserzy arthouse’u, jak Bong Joon Ho, Paul Thomas Anderson czy Luca Guadagnino, tworzą filmy, które zostają w pamięci na lata. To emocjonalna podróż, która pozwala lepiej zrozumieć siebie i świat wokół.

TOP 9 tytułów


Filmy można oglądać online

od 9.99 zł na 48h
oprac.©kuzborska

15 maja 2026

Zamek Królewski w Warszawie – Dzieła wybrane


Dzieła wybrane, prezentowane w Zamku Królewskim


Bacciarelli Marcello – Michał Jerzy Wandalin Mniszech
z córką Elżbietą i pieskiem Kiopkiem



Bacciarelli Marcello – Stanisław August
w stroju koronacyjnym



Bernardo Bellotto – Widok Kapitolu
z Kościołem Santa Maria in Aracoeli



Bernardo Bellotto – Widok
Warszawy od strony Pragi



Jan Matejko – Rejtan. Upadek Polski



Jan Matejko – Konstytucja 3 Maja 1791



Melchior de Hondecoeter – Kogut,
kura z kurczętami i gołębiami



Rembrandt van Rijn – Uczony przy pulpicie



Rembrandt van Rijn – Dziewczyna w ramie obrazu



oprac.©kuzborska

13 maja 2026

Atrakcje Zamku Królewskiego



Od 2 maja 2026 Zamek Królewski w Warszawie
udostępnia nowe atrakcje




Sala Senatorska



Pałac pod Blachą



Pokój Zielony



Pokój Żółty



Sala Marmurowa




Sala Tronowa




Sala Wielka




Rembrandt van Rijn, Dziewczyna w ramie obrazu,
Galeria im. Lanckorońskich

Ponadto, m.in.
  • Trasa Królewska – widowiskowe sale reprezentacyjnego Apartamentu Wielkiego z Salą Tronową, Salą Wielką, Pokój Canaletta, Pokoje Żółty i Zielony
  • Trasa Muzealna – od bezcennych płócien Jana Matejki i Rembrandta po historyczną Salę Senatorską, w której podpisano Konstytucję 3 Maja
  • Trasa Zamkowa – Apartamenty Królewskie, Galeria Matejkowska, Sale Sejmowe, Galeria im. Lanckorońskich
  • Trasa Pałacowa – Apartament Księcia Józefa Poniatowskiego w Pałacu pod Blachą

Źródło: Zamek Królewski


oprac.©kk

12 maja 2026

Lem Stanisław – Solaris, film


Reżyseria: Waldemar Raźniak 
Narrator, Kris Kelvin – Robert Więckiewicz 

Solaris, 

Stanisław Lem w Solaris podejmuje jeden
z najpopularniejszych tematów literatury fantastycznej
– temat​ ​​​kontaktu​ ​z​​ ​obcą cywilizacją, odmienną formą życia,
a może po prostu z nieznanym. Tego Lem jednoznacznie
już nie dopowiada. Być może dlatego Solaris po kilkudziesięciu
 latach od pierwszego wydania wciąż fascynuje. 

W rolach głównych: Harey – Magdalena Cielecka 
Snaut – Adam Woronowicz 
Sartorius – Jerzy Święch 
Gibarian – Leszek Filipowicz 
Berton – Przemysław Wyszyński 
Muzyka – Karol Nepelski 
Skrzypce – Barbara Mglej 
Puzon basowy – Jan Szymański 
Flet basowy i kontrabasowy – Renata Guzik 
Wiolonczela – Jarosław Płonka 
Miks i opracowanie muzyczne – Kamil Sajewicz 
Realizacja atmosfer i efektów dźwiękowych – Tomasz Bogacki 
Realizacja nagrań i montaż dialogów – Grzegorz Gutkowski


11 maja 2026

Lem Tomasz – Tajne przejście... wywiad


Tajne przejście do królestwa krasnoludków

Wywiad z Tomaszem Lemem

Stanisław Lem z żoną Barbarą i synem Tomaszem, 1991
źródło: https://solaris.lem.pl/galeria/album-domowy

fragment

Bogdan Bondarenko: Panie Tomaszu, 12 września przypada 95. rocznica urodzin waszego ojca. Czy Stanisław Lem lubił obchodzić swoje urodziny? Zapraszał gości do domu, czy obchodził urodziny w rodzinnym gronie? Które urodziny, być może z jakiegoś szczególnego powodu, zapadły Panu w pamięć?

Urodziny ojca sprowadzały się do rodzinnej kolacji, w której przeważnie uczestniczył najserdeczniejszy przyjaciel ojca, pisarz Jan Józef Szczepański. Potem panowie zamykali się u ojca w gabinecie; w wyjątkowych okolicznościach wolno mi było im towarzyszyć. Było to wielkie święto także dlatego, że częstowano mnie wodą mineralną (w zakurzonej szklance z barku ojca).
Przeżywałem wówczas okres fascynacji motoryzacją i całymi dniami przesiadywałem u zaprzyjaźnionego mechanika w garażu, toteż ojciec zapewne chciał poszerzyć moje horyzonty (panowie rozmawiali o literaturze i sytuacji środowiska literackiego w czasach Gierka). Z drugiej strony, moja obecność była niewskazana z uwagi na to,
co mógłbym potem powtórzyć w szkole.


Pan się urodził, jeżeli się nie mylę, gdy ojciec miał 47 lat. Mówią, że późne dzieci rodzice bardzo rozpieszczają i bywają wobec nich nadopiekuńczy. A jak było w Pana przypadku?

Wyjątkowe były urodziny osiemdziesiąte, ich organizatorem było Wydawnictwo Literackie. Zaplanowano je niefortunnie na 11 września 2001. W trakcie wspaniałej uroczystości, urządzonej z wielką pompą, doszły nas wieści o atakach terrorystycznych w USA  z powodu tej tragedii uroczystość została „wygaszona”, a jej część artystyczna stonowana.

Swego czasu miałem zaszczyt przeprowadzić z Pana ojcem dłuższy wywiad. On wtedy powiedział takie zdanie: „Piszę książki, bo nic nie robić jest strasznie nudno”. Czy można powiedzieć, że jego egzystencją kierowało pragnienie
żyć „nie nudno”?

Wydaje mi się, że główną motywacją ojca do pisania była ciekawość; książki w gruncie rzeczy pisał dla siebie, tzn. sam od siebie chciał się różnych rzeczy dowiedzieć. Fundamentalne pytania filozoficzne, na które być może nigdy nie poznamy satysfakcjonujących odpowiedzi, próbował prezentować w taki sposób, żebyśmy albo ujrzeli je w innym świetle, albo dowiedzieli się czegoś nowego o nas samych.
Ojciec rzeczywiście rozpieszczał mnie w dzieciństwie, kupując mi niezliczone ilości zabawek. Z perspektywy czasu myślę, że moje pojawienie się na świecie pełniło także funkcję listka figowego  ojciec bardzo lubił zabawki i już jako dorosły człowiek, a na dekadę przed moim przyjściem na świat, kupował je regularnie: modele kolejek, nakręcane roboty, modele samochodów, samolotów, piszczący banan, pozytywki. Poświęcał mi też sporo czasu, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie, choć do jego gabinetu nie zawsze można było wejść, bo czasami przezornie zamykał się na klucz.


5 października 2016


oprac.©kkuzborska

09 maja 2026

Lem Stanisław (1921-2006) – Film biograficzny


Stanisław Lem  chłopiec ze Lwowa,
który stał się prorokiem przyszłości.

Film
Film dokumentalny o pisarzu


realizacja: S. Wiśniewiecki

Pełna biografia największego polskiego pisarza dwudziestego wieku! Drodzy widzowie, zapraszam państwa w niezwykłą podróż przez życie i twórczość człowieka, który z mroku dwudziestego wieku wydobył światło najbardziej przenikliwej myśli, jaka wyszła spod polskiego pióra w czasach powojennych. Stanisław Herman Lem – pisarz, filozof, futurolog, człowiek, którego książki przetłumaczono na ponad pięćdziesiąt języków w nakładzie przekraczającym sto milionów egzemplarzy.

W filmie dokumentalnym odkryjemy razem historię, której nie opowiadają szkolne podręczniki. Historię lwowskiego chłopca z inteligenckiej rodziny, który w czerwcu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku zdał maturę z marzeniami o studiach, a kilka miesięcy później zobaczył upadek swojego świata. Historię dwudziestoletniego studenta medycyny, który w czasie niemieckiej okupacji stał pod murem płonącego więzienia we Lwowie, czekając na strzał, który nigdy nie padł. Historię pisarza, który z własnej traumy Holokaustu uczynił najgłębszą refleksję o naturze zła w nowoczesnym świecie.

Poznamy Lema jako autora Solaris – powieści, która zrewolucjonizowała światową fantastykę naukową i stała się klasyką literatury. Zrozumiemy jego słynny konflikt z Andriejem Tarkowskim o filmową adaptację tego dzieła. Zanurzymy się w świat Cyberiady, Bajek robotów i Dzienników gwiazdowych – arcydzieł absurdu i czarnego humoru, w których ukrył swoje najbardziej osobiste doświadczenia.

Odkryjemy, jak w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku, w czasie komunistycznej Polski, przewidział rzeczywistość wirtualną, sztuczną inteligencję i inżynierię genetyczną w swoim monumentalnym dziele
Summa technologiae. Opowiem również o jego latach emigracji w Wiedniu podczas stanu wojennego, o powstaniu Prowokacji – tekstu, w którym Lem dokonał najbardziej wstrząsającej analizy Holokaustu i natury nowoczesnego zła. Zakończymy opowieść powrotem do Krakowa, ostatnimi latami w domu w Klinach i odejściem pisarza dwudziestego siódmego marca dwa tysiące szóstego roku.

To opowieść o człowieku, który nie dał czytelnikowi pocieszenia, ale dał coś trudniejszego i cenniejszego – prawdę. Prawdę o granicach ludzkiego poznania, o źródłach zła, o potędze kiczu moralnego, o tym, dlaczego technologia nie zbawi człowieka, skoro człowiek się nie zmienia. W epoce, która coraz bardziej przypomina tę, od której Lem uciekał, jego myśl staje się coraz bardziej potrzebna. Film powstał na podstawie starannie zebranych źródeł biograficznych, świadectw współpracowników pisarza, analiz literaturoznawczych i badań nad jego dorobkiem. Zapraszam do uważnego wysłuchania tej historii – historii jednego z największych polskich twórców wszechczasów.

Autor tekstu i kanału
Stanisław Wiśniewiecki

Więcej o pisarzu
solaris.lem   lem/ksiazki

oprac.©kk

08 maja 2026

Quentin Tarantino – filmy




Quentin Tarantino (...) zachwyca błyskotliwym poczuciem humoru i prowokuje wyrazistymi sądami na każdy temat. Przede wszystkim jednak zaraża czystą miłością do kina, które poprawia błędy rzeczywistości, a nawet zmienia bieg historii.

Quentin (1963) miłość do kina odziedziczył po matce. Od 1965 roku mama (już 18-latka) często zabierała go do kina. W wieku 22 lat zatrudnił się w wypożyczalni kaset wideo. Dzięki temu, jak sam twierdzi, mógł oglądać wszystkie filmy, na jakie miał ochotę.

Pracował na jednej zmianie z innym maniakiem kina Rogerem Avarym (późniejszym współscenarzystą Pulp Fiction) spędzali całe godziny dyskutując o filmach i wymyślając własne fabuły. Pierwszy film, który przyniósł Quentinowi rozgłos, to Wściekłe psy (1992), w którym był scenarzystą, reżyserem i aktorem. Dzięki popularności, do filmu Pulp Fiction (1994) pozyskał swoich wymarzonych aktorów – Bruce'a Willisa i Johna Travoltę.

Rok 1994 okazał się prawdziwym przełomem w karierze reżysera. Pulp Fiction uhonorowano Złotą Palmą na festiwalu w Cannes. Tarantino dostał Złoty Glob za scenariusz i siedem nominacji do Oscara – walkę o miano najlepszego filmu przegrał z filmem Forrest Gump, ale ostatecznie otrzymał wraz z Avarym statuetkę za najlepszy scenariusz oryginalny.

Bękarty wojny to jedno z najwyżej ocenianych dzieł Quentina Tarantino. Łączy czarny humor, inscenizacyjny rozmach i wiarę w siłę kinowego spektaklu. Skłania do refleksji nad najnowszą historią i sposobami przedstawiania jej w sztuce.
Akcja filmu rozpoczyna się w okupowanej Francji podczas egzekucji rodziny Shosanny Dreyfus (Mélanie Laurent), której dziewczyna jest świadkiem. Stracenia dokonuje nazistowski pułkownik Hans Landa (Christoph Waltz). Shosannie udaje się uciec i wyjechać do Paryża, gdzie jako właścicielka kina, przyjmuje nową tożsamość. W innym miejscu, w Europie, porucznik Aldo Raine (Brad Pitt) organizuje grupę żydowskich żołnierzy, którzy mają dokonywać aktów zemsty...

Film przedstawia alternatywną historię II wojny światowej,
w której oddział amerykańskich żołnierzy żydowskiego pochodzenia przeprowadza krwawą zemstę na nazistach w okupowanej Francji. Jest luźną fantazją historyczną, skupiającą się na temacie sprawiedliwości i zemsty.


Obecnie Tarantino jest prawdopodobnie jednym z najchętniej oglądanych i najczęściej dyskutowanych reżyserów. Przez wielu krytyków przedstawiany jest jako twórca postmodernistyczny. 

Źródło: filmweb


oprac.©kuzborska

07 maja 2026

Sławomir Kuszczak – Paradoks powtórzenia


7-31 maja 2026
Galeria Fotografii ZPAF
Wrocław, Świętego Marcina 4

Noc Muzeów: 16 maja 2026, w godz. 18-23.


Kurator wystawy: Michał Pietrzak

"Paradoks powtórzenia" i "Nie wprost" to dwie wystawy: fotografii we wrocławskiej Galerii Fotografii ZPAF i malarstwa w wałbrzyskim Muzeum Porcelany, Galerii BWA, których autorem jest Sławomir Kuszczak. Dwa różne media, a jednak jest to ten sam wizualno-filozoficzny traktat afirmujący nasze ludzkie bycie. Można je oglądać do końca maja 2026.

Henri Cartier-Bresson szukał w swojej twórczości decydującego momentu – tego jednego, doskonałego zbiegu wizualnej doskonałości, która definiuje rzeczywistość. Mnie natomiast, paradoksalnie, od wielu lat – zarówno w malarstwie, jak i w fotografii – fascynuje powtórzenie. Powtórzenie nie jako naprawa błędu czy wykonanie kopii, lecz jako sposób na dobre bycie. Jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz – znają to wszystkie dzieci, które nie chcą rezygnować z przyjemności; znają to także dorośli, których cieszy każdy dzień świadomego życia. Być co dnia, codziennie malować, fotografować, kochać, cieszyć się, cierpieć… BYĆ.

Jedną z ciekawszych refleksji nad powtórzeniem odnajdujemy w myśli duńskiego filozofa Sørena Kierkegaarda. Według tego chrześcijańskiego myśliciela powtórzenie jest dla człowieka szansą, ponieważ umożliwia świadomy wybór, u którego podstaw leży idea wolnej woli. Jesteśmy wolni: powtarzając, decydujemy świadomie, ale jednocześnie ponosimy konsekwencje naszych wyborów. Coś za coś. Z jednej strony Kierkegaard uwalnia nas od obowiązków narzucanych przez estetyzm – nie musimy dążyć do unikatowej doskonałości ani poświęcać całego życia, by osiągnąć społecznie wyobrażony ideał. Możemy powtarzać, możemy afirmować nasze codzienne bycie, ale musimy wziąć za nie odpowiedzialność. W ten sposób stajemy się podmiotami etycznymi. Odpowiedzialność za powtórzenie uczy nas pewnej strategii: nie chodzi tu o wysiłek czy mozół, lecz o radość. Mamy prawo cieszyć się naszym byciem, jakiekolwiek by ono nie było.

S. Kuszczak


Sławomir Kuszczak. Urodzony w 1966 roku w Rawiczu. Studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu (malarstwo) i Akademii Sztuk Pięknych w Lublanie (grafika). Dyplom z malarstwa, z wyróżnieniem w pracowni profesora Jana Świtki. Jako wykładowca związany z macierzystą uczelnią od 1990, obecnie w Uniwersytecie Artystycznym im. Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu prowadzi XII Pracownię Rysunku. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki. Dwukrotny laureat Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie. Autorskie prace malarskie, rysunkowe, graficzne i fotograficzne prezentował na ponad stu indywidualnych i zbiorowych wystawach w kraju i za granicą.